Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Wątek zamknięty 
 
Ocena wątku:
  • 0 Głosów - 0 Średnio
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Gra
05-28-2012, 21:02
Post: #1

Gra

Po pierwsze — usilnie proszę aby osoby, które nie biorą udziału w tej grze, nie przeszkadzały nam!




No to zacznijmy:


[p]Przebudzenie
[p]Ciemność. Ciemność wokół mnie. Otwieram oczy ale nic nie widzę. Słyszę jakieś dźwięki. Czyżby to były czyjeś kroki? Czuję coś. Pochodnia?
[p]Budzi mnie głośny trzask. Wstaję pospiesznie i rozglądam się. Jestem w dziwnym pomieszczeniu o ośmiu ścianach. Przed sobą widzę drzwi, a na ścianach pochodnie. Są jakieś dziwne, tak jakby nie na miejscu...
[p]Ryk. Patrzę w górę. Orkowie stoją nad dziurą w ziemi, wysoko nad nami. Musimy się stąd szybko wydostać, inaczej orkowie znajdą sposób, aby zejść tutaj i zabić nas.
[p]Na podłodze leżą jakieś osoby. Czyżby ofiary orków? Podchodzę do jednego z nich i sprawdzam czy żyje. Tak, żyją, ale są strasznie potłuczeni. Pewnie gonili ich Ci orkowie.
[p]Sięgam wgłąb mej pamięci, ale nie mogę tam nic znaleźć. Pustka. Nic nie pamiętam. Staram się przypomnieć sobie cokolwiek, i jeszcze raz, i jeszcze raz, i jeszcze raz...
[p]Z drzemki wyrywa mnie dźwięk kroków za tymi masywnymi drzwiami. Ktoś tam jest, oby nie orkowie.
[p]Kroki cichną, znowu nic nie słyszę. Nawet nie wiem ile czasu tu spędziłem. Chodzę po komnacie o oglądam pochodnie. Są dziwnie ozdobione, na tej wąż, na tamtej sowa. Wydaje mi się to niezwykłe, bo po co ozdabiać pochodnie, które zaraz wygasną, i trzeba będzie się ich pozbyć.
[p]Tracę zainteresowanie pochodniami, podchodzę do drzwi. Żadnych zawiasów ani krawędzi, która mogłaby zdradzić jak otworzyć to diabelstwo. Cóż sam sobie nie poradzę.
[p]Budzę poszukiwaczy przygód. Wstają z wielkim trudem, doznali mocnego upadku, ale są cali. Chwilę zajmuje im dojście do siebie. Nie wiedzą gdzie są. Ja też nie wiem, więc nie mogę im tego powiedzieć.
[p]Ale jedno wiem na pewno — trzeba się stąd wydostać.
[p]Patrzę na niebo, chcę oszacować która godzina. Chyba zaraz będzie zmierzchać. Sufit także jest ładnie ozdobiony, na środku widnieje co prawda dziura, ale widać, że w tym miejscu było bogate zdobienie. Teraz pozostało po tym czymś tylko coś na kształt skrzydła...
[p]— Strasznie się rozmarzyłem patrząc na niebo. — Mówię. —Trzeba się stąd zabierać. Jakieś pomysły?

Sarianna

Leniwie podnoszę się z miejsca, a przynajmniej taki mam zamiar. Niestety, suknia oplotła moje nogi i upadła. Zawstydzona zerwałam się na równe nogi. 
- Może posprawdzajmy, czy między kamieniami nie ma zbyt głębokich otworów? Mogłyby one być potajemnym przejściem. - Proponuję, uparcie nie dopuszczając do świadomości lęku.

Gorgonzol

Wstaję, obolały, ale przecież nie mogę pokazać im, że jestem tak słaby... Udaję, że wyginam się, jak po popołudniowej drzemce, ale kości bolą mnie niemiłosiernie. Ciekawy jestem, gdzie jesteśmy, nigdy nie widziałem takiej architektury jak ta tutaj...
- Staruszko, możesz już otworzyć oczy, jeszcze nie umarłaś, potrafię to wyczuć

Jedi

O psia mać. Musiałem chyżo przydzwonić w parkiet. Jak tak teraz o tym myślę, to milej jest jużej lać się po gębie z trolami jaskiniowymi. JA, trza się podnieść. Krasnolud nie baba, bólu nie okazuje. Do ciężkiej cholery! Gdzie mój naszyjnik. Jakiś plugawiec mi go zakosił? Ja go drowe, to go zabiję. 
Lekka smuga światła przebija się z góry. Próbuję przy lichym oświetleniu wytropić zgubę, plugawię klnąc pod nosem.


Alrune

Spadałam. "Alrune! - słyszałam głos Mora - Alrune, gdzie jesteś?". Poczułam ból. Zamknęłam na moment oczy. Nie, kości całe. Kilka otłuczeń. czułam, że z Morem coś nie tak. czułam jego strach. "Spokojnie Mor. Nic mi nie jest. Zostań tam gdzie jesteś. Za niedługo wrócę." "Nie, idę do ciebie." - odrzekł. Nie, nie może. Chciałam mu przekazać myśl, ale zamknął swój umysł.
- Staruszko, możesz już otworzyć oczy, jeszcze nie umarłaś, potrafię to wyczuć. - usłyszałam głos gdzieś obok. Powoli otworzyłam oczy, usiadłam i rozejrzałam się. 
- Nazwij mnie jeszcze raz staruszką a pożałujesz. - w głowie zaczęło mi łupać. Za dużo Mocy używałam, a nie mam przy sobie leków. Wstałam i popatrzyłam w niebo. Tak ciężka droga przed nami. Ciekawe czy oni podołają. Krasnoludy są z natury wytrzymałe, ta elfka wygląda na dość eee... mało silną. Chłopka obok nie mogłam rozgryźć do końca. Kim był? Coś jest nie tak? Po chwili przywróciłam się do porządku. Przecież ktoś może być ranny. - Czy ktoś jest ranny? - spytałam spokojnie. Usłyszałam wycie wilka nad głową.


Rhayax

— Miło wiedzieć, że wszyscy są cali. Mimo, że jeszcze nie doszli na siebie — patrzy na czołgającego się krasnoluda, którego ręce o włos mijają poszukiwany amulet.
— Nie mam pojęcia kim jesteście, nie obchodzi mnie to. Musimy się stąd jak najszybciej wydostać. Górą nie da rady, orkowie mogą nadal być w pobliżu. — Patrzy na każdego z osobna.
— Nie wiem nawet kim jestem, ale musimy otworzyć te drzwi. Jak orkowie tu wrócą to źle będzie z nami.
Z otworu zaczynają sypać się małe kamyki, kilka z nich trafia w pochodnię gasząc ją. Jednocześnie gaśnie inna pochodnia.


Sarianna

Podchodzę do drzwi, bacznie przyglądam si zamkowi. Z namysłem przeczesuję włosy, by już po chwili wyjąć z nich spinki. Uśmiecham się lekko i zaczynam grzebać nimi przy zamku. On jednak ani drgnie.
- Macie może sztylet? przydałby się... No i warto sprawdzić ściany...

Gorgonzol

Te pochodnie... To musi być jakiś mechanizm! Na pewno, odpowiednia kombinacja zgaszonych i zapalonych pochodni, musi dać jakiś efekt. Intrygujące, jaka rasa mogłaby tu mieszkać? Nie przypomina to zwyczajowych konstrukcji krasnoludzkich, ani elfich, a tym bardziej ludzkich. Dziwne. Nieszczęsna banda, po co ja się do nich przyłączyłem? Gdybym nie miał ich na plecach, to udałoby mi się odlecieć, zanim orki nawet by to zauważyły. Ale nie, ta wścibska Shaikanka zawsze musi gdzieś poleźć, zaraz za swoim pupilem. Cholerny wilk, chociaż, to jego futro jest takie przyjemne w dotyku... Co ona tam majstruje? Sztylet? Przygląda się swojej broni, starannie ważąc ją w dłoniach. Nie mają już czegoś używać, udam, że tego nie słyszałem.
- Hej krasnalu, przestań się czołgać, bo zakurzysz tu całe pomieszczenie, a poza tym. - Kucam przy nim i daje mu medalion, którego tak rozpaczliwie szukał. - Twoją własność lepiej widać z góry. Będę potrzebował twojej pomocy. - Łapie krasnoluda za ramie i kolejno wskazuje pochodnie, jednocześnie szepcząc mu do ucha. - Niech się męczą z zamkami, twoja wiedza inżynieryjna, może się przydać. Sądzę, że te pochodnie są jakoś powiązane, czy mógłbyś rozgryźć jak?


Jedi

Gwałtownie łapię swoją własność. Niech to czarty! Nie, żeby nekromancja była sztuką prostą. Ale jak Ci się zdaży jakiś mniej rozgarnięty chłop. Takich się beirze na stronę i obija gębę aż zaczną myśleć. Jednak przymierze nawet z imbecylem w obliczu wrógów jest dobre.
- Kretyn żeś jest chłopie - starannie zniżam głos, jednak dokładam wysiłku, żęby ton pozostał ostry - myśli, że jak studiował po wieczorach, zamiast do knajp łazić jak prawidzwy facet, to mądry jakiś?! Jam krasnolud, nie jakiś gnom! Się nie miotałem. Wyjścia szukałem, w końcu z kim mam rozmaiwać? Towarzsyze jak widzisz rozwinięci o tyle żeby rzyć podetrzeć. Tutaj prawidziwym rozmówcą jest ziemia, która wie wszystko o tej jaskini... Żem naszyjniku nie szukał, a orienotwał się wterenie, panie mroczny młotku - rzekłem rozdziwając gębę w paskudnym uśmiechu.


Alrune

Wyciągnęłam sztylety. Nie, zbyt wiele kosztowały. Cztery utopce, dwie strzygi i jedna wiła. Nie, stanowczo za drogo. Spojrzałam na nekromantę. Jeśli spróbuje się zbliżyć do Mora to go własnoręcznie wypatroszę. Muszę pomyśleć. Głowa mi pulsowała.
- Ah'sha hara. Eme. [ K***a mać. Cholera]- zaklęłam cicho pod nosem. Nie używam Smoczego zbyt często, ale czasami mi się zdarza. Zamknęłam oczy. Muszę się skupić. "Mor! Gdzie jesteś?" Pustka. Nic, zostaje mi próba wykrycia ilu orków jest. Mam jakieś 75 strzał, dwie fiolki wyciągu z lotosu, miecz i dwa sztylety. Nekromanta zwieje na bank więc nie ma na co liczyć, że pomoże. Krasnolud - taa, honor ponad wszystko. Czyli jest nas dwójka. Elfka - jest tu ziemia więc może sobie jakoś poradzi, a jak nie to ewentualnie użyczę sztyletu. Chłopak - nie, on nie pomoże, za słaby. - Miej mnie w opiece Ojcze Smoków. - szepnęłam cicho patrząc w górę. Skup się. Licz. Dziesięciu. Nie trzydziestu. Pomyłka, około siedemdziesięciu. - Musimy stąd wyjść. Ta komnata to krypta, a raczej dopiero będzie. - i dodałam po chwili: - Nie, nie pożyczę sztyletu bo jak widzisz drzwi są też nasączone magią. Zepsujesz tylko dobre ostrze. - spojrzałam na nich z politowaniem. - Czy tylko ja to zauważyłam? Ech, ludzie. - odrzuciłam kosmyk włosów. - Ty - wskazałam na nekromantę - znasz na pewno jakieś zaklęcia. Wszak jesteś tutaj osobą posiadającą tak zwaną magie, prawda? - Uśmiechnęłam się pod nosem. Tak, niech myślą, że jestem elfka nieposiadającą magii. Poczułam przyspieszenie krwi w żyłach. Mor. Patrzyłam jego oczami. - Jest ich ponad siedemdziesięciu za drzwiami. Na górze koło setki, albo więcej. - powiedziałam szybko patrząc gdzieś przed siebie. Wiem, że mój wzrok w tamtym momencie był nieobecny i mogłabym uchodzić za obłąkaną. Miałam to gdzieś.


Rhayax

— Magowie?! — Zapytałem — To dlaczego nie rozwalicie tych diabelskich drzwi, albo nie wylecicie stąd przez otwór?
Niebo stawało się coraz bardziej ciemne, noc zapadała, a wokół panowała niesamowita cisza. Przerywało ją tylko kapanie smoły z palących się pochodni
W ziemi wydrążone były rynny. Zagadkowa sprawa, ciekawe do czego służyły. Cóż, nadal tu siedzieliśmy, a moje umiejętności, w porównaniu do innych, były beznadziejne.
Mogłem tylko czekać na to, co oni zrobią...


Sarianna

Zniszczyłam kolejną spinkę! Alru miała rację! Opętał mnie gniew, potężny gniew. Czułam jak powietrze kręci się wokół mnie, słyszałam furkot włosów i sukni, gniewnie powiewających na wietrze, brakowało mi zieleni, miałam tego dość!
- Odsuńcie się od drzwi! Stańcie po drugiej stronie i zamknijcie jadaczki! - warczałam gniewnie. Uniosłam wysoko ręce, a ziemia nad nami zaczęła formułować schody. Miałam nadzieję, że starczy mi sił, by stworzyć wyjście...


Gorgonzol

-Zauważ, moja droga, że magia to trudna sztuka, która wymaga cierpliwości i koncentracji. - Pokręciłem głową i omiotłem spojrzeniem i ruchem ręki wszystkich dookoła. - Szczególnie, że nikt nawet nie stara się pomóc. - Spojrzałem na nieobecne oczy tej staruchy, myśli, że ukryje wiek, ale ja za dobrze widzę. - Co ci jest? Jesteś tu? No pięknie. - Oparłem się o ścianę i spuściłem głowę na pierś. - Jeszcze jedna nam odpłynęła. - Dobra. - Odepchnąłem się od ściany i rozprostowałem palce. - Zobaczmy co my tu mamy. [ Herrah, Nari, Grehna ] { Spojrzyj przez objęcia mroku }.No dobrze, au, jakie mocne te pochodnie dają światło, zaraz zaraz. Coś za nimi jest! Tak, ta symbolika, te runy, te glify... Już je gdzieś widziałem, tylko gdzie? Nieważne, ważne, że wiem, jak to działa. No to teraz iść za liniami, w lewo, tak, jeszcze trochę. Bingo młodziku, to jest to, to ten szlak. Nie, zaraz, obraz się rozmywa. Coś się dzieje?! Co ta kobieta wyrabia?! Byłem już tak blisko... Jeszcze coś widzę, tak tu, tu, na prawo i lewo, góra i dół! Coś strzyknęło i zatrzeszczało, pod pochodnią z sową. Potem, ściana wsunęła się do wnętrza, ukazując czarną otchłań. Udało mi się zajrzec tylko przez chwilę, ale widocznie ktoś zrobił tajne schody, które prowadzą w głąb tego miejsca... Ta krypta, już jej wierzę. Gdyby tylko wiedziała, co przeżyłem, zapewne spoglądałaby na mnie z innej perspektywy.
- No proszę, co my tu mamy? Stare jaszczurze runy no i glify, a do tego przejścia krasnoludów, powiązane z mechaniką i magią gnomów, coś niebywałego. - Wskazałem elfkę. - Następnym razem uprzedź, jak będziesz czarowac, moje zaklęcia są bardzo wymagające, szczególnie, że działają dośc długo...


Jedi

Rozglądam się po budynku. Tylko prostaki, nie widzą wenętrzenego piękna budowli. Tożto nie jakaś dziupla natachana jak paw jakimiś zagadakami. To forteca. Majestatyczne podziemne fortece, ongiś tak się budowało nie liche kopalnie! 
- Krasnoludzka ręka to czuć na odległość. Co gorsza to niżyś jest jedna rzecz jaką odczuwam. Jeszcze ten podły kundel... Śmierdzi na odległość jażkem łajno - splunąłem siarczyście - shaikany niby takie dystyngowane, zatyś już bestyja nie umyjo!


Alrune

"Mor! Uciekaj idioto!" - krzyczałam. Rzuciłam w jego kierunku całą Moc jaka mi została. Musi uciec, inaczej ja... Nie, nawet tak nie myśl. Tak, myśl racjonalnie. Co nekroś mówił? Aha, stąd ta dziwna magia. Hmm... ciekawe, ciekawe. Wstałam, ale musiałam oprzeć się o ścianę. Stanowczo za dużo używałam Mocy. Uspokój się, licz. Tak, jak cię matka uczyła. Póki nie uspokoisz serca. Licz. Nie to nic nie da.
- Krasnoludy siedziały pod ziemią od zawsze. Jak te krety. - powiedziałam cicho pod nosem. Poczułam ukłucie w piersi. Mor. Nie, to nie on. Czyżby ostatnia rana? Nie, zaleczyła się. - Musimy stąd wyjść. - powiedziałam szybko łapiąc powietrze. Jeśli nie będzie rady to użyję Smoczej magii, ale nie teraz. Może jest inne wyjście. Uklękłam. Nie miałam siły stać. Dotknęłam podłoża. Nie, to nie to. - Możemy zejść niżej, ale nic nie wiem o podziemiach. Nie jesteśmy przygotowani ani do walki, ani tym bardziej żeby tam iść. - spojrzałam na elfkę, a później nekromantę. - Uwierzcie mi, albo nie, ale im głębiej tym bardziej plugawe stwory. Istnieje ryzyko, że dostaniemy się do Podomroku. - dodałam po chwili cicho. Tak, nikt o tym nie pamięta, ale ja wiedziałam. Jeszcze długo po śmierci mojego ojca, drowy pałętały się po ziemi i znajdowały jakieś przejścia do naszego świata.


Rhayax

Podszedłem do miejsca, gdzie ściana odsłoniła ukryty korytarz. Widniały tam jakieś znaki. Nie wiem co one oznaczały. Rozmawiałem sam ze sobą w myślach, starając się dociec gdzie to może prowadzić.
— Wejdź, a zginiesz wśród innych — wyszeptałem pod nosem. Sam się tym nieźle zdziwiłem. Przecież nie rozpoznałem tego, co było wyryte na tej ścianie. A jednak wiedziałem co TU pisze. Wejdź, a zginiesz wśród innych.
— Nie wiem jak wy, ale ja bym tam nie wchodził — powiedziałem. Za bardzo to było dla mnie ryzykowne, ale co innego zrobić można? Komnata z siedmioma pochodniami, w tym dwie zgaszone, drzwi których nie da się otworzyć i korytarz który prowadzi nie wiadomo gdzie. A na górę iść nie chciałem, tam czekali orkowie.
Trzeba było ustalić co robimy, czy forsujemy drzwi, czy idziemy tajemniczym korytarzem. Ale narada to już działka moich nowych przyjaciół, to oni musieli mnie uratować. 
Ja nie mogłem nic.


Sarianna

Szumiało mi w uszach. Czułam, że jestem coraz słabsza... Już dawno zmieniłam plany, skierowałam moc w inną stronę. Chciałam stworzyć niewielki tunel, którym moglibyśmy przejść i wyjść na powierzchnię w miejscu oddalonym od orków. Byłam już blisko, czułam, że tunel zaczął już wyłaniać się pośród korzeni. Muszę wytrwać jeszcze tylko chwilkę, muszę dokończyć tunel... zostało jeszcze kilka centymetrów, jednak czułam się coraz gorzej... Uparcie jednak nie przestawałam, do chwili, gdy wzrok zasnuła mi mgła, a ostatnie, czego byłam świadoma, to utrata równowagi. Upadłam nieprzytomna.


Gorgonzol

-Drowy, to nasze najmniejsze zmartwienie. - Może zbyt surowo ją oceniam? Dziwnie się zachowuje, jakby była tu tylko częściowo... - Widziałaś, ilu było tam tych orków? Chcesz się z nimi mierzyć? A może masz jakiś lepszy pomysł? - Wziąłem głęboki wdech, tak, te specyficzne zapachy, które inni biorą za smród. -
Nutka pleśni, tak, całkiem stara, zgniłe mięso, czyli ktoś tam chadzał, no a do tego jeszcze ten zapach... Tak, w życiu go nie zapomnę, kości. Kości, piękne, majestatyczne kości, pełne czystej i nieskazitelnej bieli, ale było coś jeszcze. Coś przerażającego, coś, co budziło lęk, nawet w moim sercu, które tak dawno przebiłem lodowym kolcem. Może oni mieli rację? Nie chciałbym ryzykować straty tego, co do teraz osiągnąłem, jakimś głupim wybrykiem. Te drzwi...
- Rozważmy wszystko roztropnie, dobrze? Na górę, nawet jeśli wyjdziemy, to dokąd pójdziemy? Przywitamy się grzecznie z orkami, zatańczymy z nimi salsę, powiem, że idziemy do stolicy, a oni grzecznie nas przepuszczą? - Usiadłem na ziemi, spoglądając w mrok, który zdążył już zapaść na ziemi. Coś mnie łaskotało na plecach, nie!
Rozejrzałem się szybko, chyba nikt nic nie zauważył, w każdym razie mam taką nadzieję. Muszę się uspokoić, nie muszą wiedzieć o mnie wszystkiego. Chyba będzie trzeba przyjrzeć się tym drzwiom.
- Te wrota wyglądają na solidne. Zabezpieczone magicznie, ale może odpowiednia kombinacja zapalonych i zgaszonych pochodni, pozwoli nam je otworzyć. Więc zobaczmy...
Usłyszałem głuche uderzenie o podłogę, ta elfka się przewróciła... Sądziłem, że rasa mojej kochanej matki jest silniejsza i przetrwa w sytuacjach ekstremalnych. No nic, wypadałoby jej pomóc. Już miałem ją podnieśc, ale ta Shaikanka się wtrąciła, zagrodziła mi drogę, a ja straciłem równowagę, co za pech. Cofając się, napotkałem leżącego krasnoluda, który słuchał ziemi. No nie! Chwytałem się czego popadnie, byleby tylko zachowac równowagę. Los chyba nie jest mi zbyt przyjazny, bo złamałem dwie pochodnie, które akurat chwyciłem. Całe szczęście, że wylądowałem na mięciutkim mchu. Nagle, drzwi zagrzmiały gniewnie, po czym rozpadły się na cztery części, chowające się we framudze. Coś podobnego, chyba coś popsułem, po otworzyły się tylko do połowy, chyba krasnolud się nie przeciśnie, chociaż... Coś tam było, bo powiało świeżym, czystym powietrzem. Nie słuchałem innych, po prostu wbiegłem do środka i mnie zatkało, poza setkami tomów, do cna przegniłych, był tu dwa szyby wentylacyjne, wielkości myszy. To nie było przejście, ale sala, sala pełna książek, możliwej odpowiedzi, czym są te ruiny.


Jedi

Zerwałem się rychło. Przypuszczenie niemożliwie szłuszne. Nekromanta nie ma mózgu. Niźli i tak góruję mocą, nad dziewką w kiecce. Kto widział babkę krasnoluda w sukience?! Nikt! Siła w żyłach pływa, ino nie licha. Ród krasnoludów hyżo przetrwać musi, ażby na wieki. Napewno więcej, niż liche poeciny, jażem w życiu naoglądał się wiele. Żem nawet strawił jak cyklopy miały psia mać sraczkę. Jednak do ciężkiego pieruna! Wycyganić w ziemię po lichym zaklęciu!? Robotę w ziemi, to zostawia się komuś z krzepo, nie do cholery babie się za to brać!
Pan ciemny magik-małpiszon nie lepszy. Ziemie by zbadał, nimże rusza jakby ino chędożyć pędził! Skała nigdy nie kłamała i nigdy nie skłamie... Za drzwiami czaiło się coś większego, niżby oczekiwać. 
Zrywając z pleców śmiercionośny topór, ruszyłem w kierunku drzwi. Czasu miałem, iżby oczekiwać nadzwyczaj maluteńko.
- Stój! - wykrzyknąłem łapiąc w stalowy uścisk rękę nekromanty - ludzie powiadajo, że do ubicia trola potrzeba dwóch śmiałków. Krasnolud ubije trola toporem, a pan trupo-rób będzie wskrzeszał go spowrotem jako rozrywka dla herosa - powiedziałem szczerząć kły niby śmierdzący sierściuch.


Alrune

Podeszłam do elfki. Miała też pomysł. Mdleć akurat teraz kiedy mi łeb rozsadza, boli nawet nie wiem co i na dodatek nie wiem gdzie jest Mor. Zaczęłam ją leczyć. Cicho szeptałam formułki pod nosem. Mogłabym, jeśli byłaby Shaikanką, użyć na niej mojej krwi. Wtedy leczenie byłoby szybsze.
- Żyjesz? - zapytałam cicho kiedy otwierała powoli oczy. - Leż momencik. Zaraz wszystko będzie dobrze. - mówiłam cicho uspokajając ją. 
Usłyszałam rumor. Czy ten nekroś musi robić tyle hałasu? Zaraz, zaraz. Komnata! Tak, możemy tam przejść. Zaraz, a jeśli z tej dziury za nami coś wypełznie? Nabrałam powietrza i podniosłam się. Nie słuchałam ich. Krasnolud mnie męczy. Nekroś irytuje. Chłopak w sumie jest mi obojętny, a elfka może się przydać. Musi być mocna skoro straciła z wysiłku przytomność.
- Idziemy? - zapytałam. - Lepiej chyba zostawić tą dziurę. - wskazałam głową. - A może wpierw ją zawalić. - zamyśliłam się. Wpatrywałam się w dziurę. Jedno zaklęcie ci przecież nie zaszkodzi. Jedno drobne zaklęcie. Nie, wtedy... nie mogę. Obiecałam. Ale... szlag by to i nagła wzięły. - Idźcie, zaraz do was dołączę. - powiedziałam cicho. zaczęłam sobie przypominać jakieś proste zaklęcie. Najlepiej takie żeby zniszczyło coś i zapięczętowało przejście. Nie, Smoczy Krąg jest za silny a ja sama nie dam rady. Może mała Krwawa Pieczęć? Tak, to dobra myśl, ale wpierw zasypiemy przejście. Czyli małe Zniszczenie. Podeszłam do przejścia, uklękłam. - Asaha ra mo ire. - wyszeptałam. Nastąpił lekki wstrząs a po nim przejście się zasypało. Wyciągnęłam sztylet, skropiłam gruzy swoją krwią. - Mohiglena keme, Ur. At'lin mohe, Raitor lin. - przyłożyłam dłoń. Tak, teraz to poczułam. Radość z używania Smoczej magii. Czułam, że odpływam. Ta euforia. Zaczęłam się śmiać jak szalona. Moje oczy były teraz zapewne krwistoczerwone. Źrenice zapewne też wyglądały bardziej po smoczemu. Tak, teraz byłam tym kim powinnam. Odwróciłam się do towarzyszy z szerokim uśmiechem na ustach. Powoli do nich szłam. Cokolwiek jest za drzwiami zniszczę, unicestwię. Tak, tak zrobię. Patrzyli na mnie lekko przerażeni. Chyba. W każdym razie Carla na pewno. A czego się spodziewała? Nie jestem elfem. Jestem ostatnią żyjącą Shaikanką, potomkinią samego Wielkiego Ura i Shar. Ha, zabawne. Przynajmniej głowa mnie już nie bolała.


Rhayax

Stałem pod ścianą i obserwowałem moich towarzyszy.
Mieliśmy problem.
Oni jeszcze o tym nie wiedzieli, ale coś się działo, coś złego, czułem to. Korytarzem niosło się głuche dudnienie, nigdy nie słyszałem takiego hałasu. Jakby... jakiś mechanizm zadziałał. Księgi na półkach zaczęły się powoli podnosić. Nie wiem dlaczego, ale oni nadal tego nie widzieli.
Zorientowali się o problemie dopiero po fakcie.
Z przeciwległego korytarza wyszedł ogromny Kościotrup.
— Mamy przerąbane.
To były jedyne słowa, które zdążyłem wypowiedzieć, przed tym, jak unoszące się książki zaczęły płonąć i lecieć prosto na nas...


Alrune

Spojrzałam przed siebie. Nie na "towarzyszy" na to coś. Zbliżał się do nas ogromny szkielet. Nie, nie będzie go prosto pokonać, ale na pewno ma słabe punkty. Pytanie: jakie? Hm... trzeba to dobrze rozegrać.
- Dorinie - zaczęłam spokojnie, mrużąc oczy i wyciągając przy tym miecz - mam nadzieje, że użyczysz nam swojego topora i siły. - Specjalnie użyłam takiej formy, chociaż w rzeczywistości się nie zgadzałam z innymi. Ja miałam tylko wykonać robotę, odebrać zapłatę i koniec. Niestety wypadło inaczej. - Wiesz, możemy go wspólnie zaatakować. - I dodałam po chwili: - Oczywiście nasz nekroś mógłby się nim sam zając, prawda? Szkielety, umarlaki i tak dalej to twoja działka. - Szkielet rozglądał się. Chyba nas szukał. - Carla, zobacz czy jest stąd inne wyjście. Odciągniemy jego uwagę od ciebie. Uważaj na siebie. - spojrzałam na chłopaka. Tak, nasz nowy znajomy był przestraszony. Nie wiem dlaczego, ale miałam wrażenie, ze wie więcej niż mówi. - Nie ma na co czekać. Ruszajmy. - Zaczęłam powoli iść w kierunku potwora, miecz trzymałam mocno gotowa w każdym momencie uderzyć.


Gorgonzol

- Oczywiście nasz nekroś mógłby się nim sam zając, prawda? Szkielety, umarlaki i tak dalej to twoja działka.
Miałem ochotę krzyczeć i spiorunować wszystkich wzrokiem. Miałem szczęście, że krasnolud odepchnął mnie za pustą półkę, przez to mogłem chwilę pomyśleć. Ta kobieta chyba postradała rozum, że razem z krasnoludem ruszyła na ten piękny efekt sztuki. Już nie zwrócę uwagi, na jej docinki, może ma jakieś kompleksy, albo nie lubi zostawać bez swojego Mora. Szkielet spostrzegł moich towarzyszy i uśmiechnął się. Dopiero po chwili zauważyłem, że ma srebrny medalion w żebrach.
- Te ruiny nie są puste... - Uderzyłem się w czoło, przecież to widać. - Miałem na myśli to, że jest tu inny nekromanta, który ma dostęp do srebra!
Włożyłem w ostatnie słowo najwięcej siły i już tego żałuję. Szkielet zatrzymał się pół susa przed Shaikanką i krasnoludem, a jego puste ślepia spoglądały wprost w moje, pełne ciemności. Kościotrup wydał z siebie potężny ryk i skoczył, lądując tuż przede mną. Zastygłem w miejscu, ale tylko na chwilę, bo już sekundę później, jego prawa ręka tkwiła w mojej piersi. Momentalnie zabrakło mi powietrza, a parzące ciepło rozlało się po całym moim ciele. Dorin podskoczył do nas i odciął szkieletowi nogę, a następnie złamał mu miednicę, gdy klęczał. Jednak ożywieniec nie zwracał na nich uwagi, czemu ja? Nagle, wokół moich dłoni błyskawicznie zaczęły się wić wstęgi mroku, wprost spod cieni tej komnaty. Tak jak zawsze, wbiły się w moje plecy, a mnie ogarnął mrok, miałem tylko nadzieję, że nie jest za późno na to, aby ich moc mnie uzdrowiła.


Jedi

Na Thorniga! Pieprzone nekromanty! Świat od inąd lat dzieli magików na potężnych i cherlawych. Ino nam psia mać jako wróg trafił się mistrz nekromancji, zaś jakże nasz sprzymierzeniec to także nekromanta! Na wszystkie krasnoludzkie fortece, to my musimy mieć w zespole dupe nie magika! Jeszcze łamaga łamagą... Ale żeby martwa ?! Tożto jakieś jajca!
-Tie, elfka ratuj nekromanta! Ja sie zajme kościakiem! - wbijam się toporem w kręgosłup monstrum, usiłując odciągnąć go od pół-zdechłego psia mać kretyna - tylko spróbuj mi dziewko paść znowu na glebę, to cię za jaj...! Ekhm. Powieszę Cię i już!


Sarianna

- Zamilknijże wreszcie pieprzona miniaturo z imitacją mózgu! Wcześniej było klepać tym toporkiem, zamiast ozorem machać! - warknęłam na krasnala, który z całej tej grupy drażnił mnie zdecydowanie najbardziej. Podeszłam do Elthira, odrywając kawał sukni przewiązałam go, mocno uciskając ranę. 
- Alrune, pomóż. Zatamowałam krwotok, ale więcej nie jestem w stanie zrobić!- Zawołałam. Podeszła, acz bardzo niechętnie
- Czy ja przypominam dobrą wróżkę? Kolejną osobę mam uzdrawiać wykorzystując swoją energię?!- odwarknęła, ale ja już nie zwracałam na nią uwagi. 
- I po co zasypaliście mój tunel? - mruknęłam. Skupiłam się ponownie, nie zostało już wiele, wkrótce przejście było gotowe. Zaczęłam wyć, najgłośniej jak umiałam. Z doświadczenia wiedziałam, że wilki reagują bardzo szybko na takie wezwania, wiedzą, że czeka je uczta. Wezwałam też Mora. Był ranny, miałam jednak nadzieję, że zdoła dotrzeć do oddalonego nieco tunelu. Tym czasem ja odwróciłam się, trącając przy tym krasnala. Gdyby nie byłtak silny, udałoby mi się go przewrócić! Pozostało mi zadowolić się jego wściekłą miną. Wyjęłam miecz i podeszłam do regału. Chwilę nasłuchiwałam, a gdy nie usłyszałam żadnych dochodzących z tamtej strony dźwięków, wychyliłam się. Za regałami wił się korytarz z rzadko rozmieszczonymi, zwykłymi pochodniami. Czujnie ruszyłam nim. 
Słyszałam nadbiegające stada wilków, były już blisko. Przypomniałam sobie, że nie ostrzegłam towarzyszy. Chciałam krzyknąć, poinformować ich. Nagle zza zakrętu wyłoniły się dwa kościotrupy. Oba szły prosto na mnie. Przerażona zrobiłam to, co podpowiadała mi intuicja. Zawyłam. Okazało się to bardzo dobrym rozwiązaniem. Wezwane wilki, poszczekując ominęły mnie i zaatakowały swój obiad.


Rhayax

Nie wiem jak to przetrwałem. Tak jakbym ocknął się w tym samym momencie leżąc na podłodze. I nie wierzyłem w to co widziałem.
Wszyscy zajęli się kościotrupem. A co z książkami? Nikt nie zwracał na nie uwagi, o dziwo, nikt żadną nie zebrał w łeb co miałoby fatalne skutki. Nie mogłem wstać bo groziło to uśmierceniem przez książki.
Patrzyłem jak krasnolud rąbie kościeja toporem, a ten chwieje się, po czym rozpada się na poszczególne kosteczki. Dziwne. Ponownie dudnienie, i z korytarza wychodzą dwa kościotrupy. Jednak te były inne niż ten pierwszy, miały miecze i tarcze. Niebezpiecznie się tu robiło. Na szczęście elfka otwarła tunel.
Szczęście zwykle nie trwa długo.
Jeden z nieumarłych wyciągnął kościstą rękę, w które dzierżył miecz, i uderzył nim o podłogę. Wywołał bardzo mocny wstrząs. Tunel elfki zawalił się, teraz go nie odkopiemy. Szkielety ruszył na nas śmiejąc się szyderczo. Wydawały się prostszymi przeciwnikami, niż ten pierwszy.
Ale jak już ktoś wspomniał, nic nigdy nie jest proste.
Kości pierwszego nieumarłego zaczęły się unosić i na nowo formować w jego upiorną postać. On był tak jakby nieśmiertelny. Dzięki jego magii.
Nawet po śmierci władał swoją magią.
Cholerny, nieumarły nekromanta.


Alrune

Jasne. Ja go mam uzdrowić? Przecież to nekromanta. Żywy nekromanta to zły nekromanta. Przez nich tylko jest więcej roboty. Ech, Urze dopomóż bo kiedyś ich pozabijam. Uklękłam koło nekrosia. Rany były głębokie, ale raczej nie śmiertelne. Delikatnie dotknęłam dłonią go. Zimny. Dziwne, ale raczej nie bardzo. 
- Asala mete il ahl se. - wymruczałam pod nosem. Proste zaklęcie leczące. Czułam, jak moja energia powoli naprawia "zniszczenia". Mozolny proces, chłopaka zupełnie różni się od innych znanych mi istot. Trudno będzie go wyleczyć, ale dam radę. - Spokojnie. Nie mam zamiaru cię zabić. - powiedziałam spokojnie. Fakt, kłamałam po części. 
- Taa, jasne. - mruknął pod nosem. - Nie chcesz mnie zabić. Jasne.
- W moim fachu żywy nekromanta to zły nekromanta. - powiedziałam spokojnie. Tak, spokój. Nie denerwuj się. - Jak na razie nie spotkałam "dobrego nekromanty".
Skupiłam się na leczeniu. Jego układ odpornościowy, cały organizm. W sumie mnie to zafascynowało. Takie inne. "Alrune. Zaraz będę koło ciebie." Nawet nie zorientowałam się kiedy Mor zaczął się zbliżać. "Mor. Jak ty..." "Tunel elfki. Było trudno, ale zaraz się przekopię. Poczekajcie na mnie." Spojrzałam na nekrosia. Dziwnie na mnie patrzył. Zapomniałam: znów odpłynęłam. Szlag by to trafił. Usłyszałam rumor. Dwa kościotrupy szły na nas, a ten pokonany najzwyczajniej w świecie "się uleczył". Szlag, szlag.


Gorgonzol

Widziałem... Widziałem wszystko, co się działo. Zarówno przede mną, jak i za mną. Jednak obraz falował, albo to byłem ja? Po chwili zauważyłem swoje ciało, leżało w koncie, zapomniane, ale uleczone. Alrune, tak, to imię znajome, przynosiło ciepłe wspomnienie i zarazem zdziwienie, ale coś było nie tak. Elfka skakała miedzy wilkami i unikała mieczy, które przecinały powietrze. Krasnolud zaczął przetaczać się pomiędzy nogami olbrzymów, co chwilę ich tnąc, ale zawsze wybraniali się tarczami. Podniosłem się z plamy krwi, która wyparowała, po dotyku mojej stopy, otoczonej czystą ciemnością. Teraz odzyskałem światłość umysłu, wiedziałem, że znowu się przeistoczyłem. Zbyt dużo stresu, a skrzydła były głodne. Teraz widziałem ogniki, nie te latające książki, które zmieniały się w popiół, gdy tylko mnie tknęły. Dziwny mężczyzna leżał na podłodze, wpatrując się we mnie, jak w coś o wiele gorszego niż te szkielety. Nie był w błędzie, byłem teraz czymś dużo gorszym. Jakiś wilk wskoczył na mnie, chcąc przegryźć mi tchawicę. Głupia bestia, ma szczęście, że dużo większy pokład energii jest w tym medalionie. Pomknąłem nad nimi wszystkimi, skupiając zaciekawione i przerażone spojrzenia, na sobie, a w szczególności na moich białych oczach, kontrastujących z mrokiem reszty ciała. Kościej, a może już golem? Zdążył tylko raz na mnie spojrzeć, po czym legł, rozrywany na sztuki moimi skrzydłami. Nie wydał nawet żadnego dźwięku, gdy rozerwałem jego klatkę piersiową. Ten medalion, miał tyle mocy... Gdy tylko oderwałem go od szamoczącego się ożywieńca, ten rozpadł się. Amulet wchłonąłem, karmiąc moje ciało. Był tak pełen mocy, chyba nawet miał jej więcej niż niedźwiedź. Zaśmiałem się głucho, a brzmiało to jak szeptany śmiech. Rzuciłem się do walki, odbijając kolejne woliumy, które zaczęły coraz bardziej irytować moich towarzyszy.


Jedi

Ja żem zrozumiał, jak Elfka wcięła się z tym swoimi śmierdziakami. Kościotrupy były moje! Jakże inaczej! Żyś ino nie babo mnie na świat posłali. Nie będę stękać jak mi się jakieś warchlaki wtrynią w robotę. Zatyś zdechlak se na za dużo pozwalał! Udaje rozrąbanego, a żebyś się tylko odwrócił. Wtedy skubanie musi! Na ongieś gorby mych dziadów musi! Musi popsuć całą imprezę! Jakby choć raz na popijawe polazł, zamist zombiaki chędożyć, gdyżyś choćźe raz gęba mu spuchła w knajpie. By się do ciężkiej cholerki nauczył!
-Nietoperek! Ty szmato! To moje zabawki! - w gniewie chwyciłem medalion. Ino artefakt wynalezekiem, że tak zażartuję boskim iż jest! Całą pierś, a nawet rzyć, rozpiera Cię osobowość góra-miazga Thoringa! Czułem, że patron podziela moją nerwicę. W końcu ojciec krasnolud to nie psi mać jakiś pędrak! - ŻRYJ PIACH LATAJĄCY SZCZURZE! - Ziemia onyś mnie rozumiała. Ta, to była nie głupia. Wystarczyło, raz żem jej raz wygarno, aby plugawca ściągnęła!
Donośny huk przelał się echem po całej grocie! Wstrząs odrzucił mnie, a żeżto licho dwie stopy w plery! A jagże! Udało się! Tony ziemi z sufitu wydzwoniło w lecącą kreaturę! Żem się ino zaczął zastanawiać, czym te wszystkie szpary i szczeliny w suficie zesprawował...


Sarianna

Odskoczyłam pod ścianę. Dużo mogłam znieść, ale ogień dla mnie i moich leśnych przyjaciół zawsze kojarzy się ze śmiercią. Tomiska wylatywały, jedno po drugim, a ogień zaczynał być wszędzie obecny. Alrun walczyła z nim, jednak było tego coraz więcej. Nie wiedziałam, czy dobrze robię, ale nie umiałam stać bezczynnie...
- Odsuńcie się od regałów!- wrzasnęłam, po czym wlazłam za nie i popchnęłam z całej siły. Po trzeci podejściu regał wraz z całą zawartością przyległ do posadzki. Książki zostały uwięzione pod ciężkim meblem. 
- Nic nikomu nie zrobiłam?- spytałam rozglądając się wokół. Brakowało tylko jednego ze szkieletów, pozostali byli cali. Teraz wytężyłam umysł i ściągnęłam z ziemi nad nami jak najwięcej wody. Szybko zalała ona i ugasiła wszystkie płomienie. Alrune jednak wyglądała... na niezbyt szczęśliwą... O ile, rzecz jasna, dobrze interpretuje to jej oblicze...



Rhayax

Obserwowałem dalej, jak moi nowi towarzysze radzą sobie z zagrożeniem. I nie tylko. Konflikt nekromanty z krasnoludem był chyba nieunikniony, też bym się nieźle wkurzył.
Ale wracajmy do sprawy szkieletów. Elfka przewróciła regały i w powietrzu unosił się kurz. Nie mogłem się dopatrzeć ostatniego szkieleta.
Jednak wreszcie go dojrzałem. Wycofywał się cichaczem do korytarza z którego tutaj przyszedł. Jego puste oczodoły skierowane były na popękany strop, chyba obawiał się, że wszystko co tutaj jest skończy pogrzebane.
Nie mogłem tak leżeć, trzeba było stąd jak najszybciej wiać.
Wstałem i pobiegłem w stronę korytarza, w którym zniknął szkielet. Panował w nim przyjemny półmrok a także chłód. Ciarki przeszły mi po plechach. 
Nie uśmiechało mi się podążanie za tym szkieletem, mogło być ich tam więcej. Ale lepsze to, niż zostać w walącej się komnacie. 
W miejscu, gdzie zawalił się tunel utworzony przez elfkę ziemia poruszyła się. Widać było szczelinę przez którą przeciskał się wilk. Zdziwiło mnie to.
Nie było czasu na dziwienie się.
— Proponuję się stąd zabierać, zanim strop zawali się całkowicie. I to szybko! — Krzyknąłem do reszty drużyny.


Alrune

Mor. Mor się zbliża. Czułam go. Odwróciłam się na moment od szkieletów. "Mor!" - krzyknęłam. Coś jest nie tak. Spojrzałam na Carle. Co ona u diabła robi? Po kiego ona przewraca te regały? A ci idioci też, zebrało im się na walkę. Ludzie trzymajcie mnie. Licz, licz. Jeden, dwa, trzy, cztery... Nic nie pomaga. "Alrune. Jestem już tu. Jakiś koleś jest obok. Swój, czy mam zabić?" - usłyszałam głos Mora. "On jest z nami. Nie ruszaj go, ale pilnuj." "On jest stadem?" "Nie, nie jest" "Czyli mogę go zabić i nie będziesz miała mi go za złe?" Westchnęłam. On nadal, po tylu latach ciągle rozumuje, jak wilk. czasami myśli, jak człowiek, ale częściej jak wilk. "nie jest stadem ze mną. Tamta trójka też nie, ale nie możemy ich zabić. Wiesz co musimy zrobić, prawda?" Usłyszałam stąpanie stóp. Mor podbiegł do mnie. Cieszyłam się, że jest obok. 
- Zapchlony śmierdziuch. - usłyszałam od krasnoluda. Mor warknął. "Nie, nie atakuj." - rozkazałam w myślach.
"Sufit może zawalić. Dlaczego nie uciekacie?" - spytał po prostu. Nie zauważyłam, faktycznie sufit popękał.
- Carla, Dorin, Elthir! Sufit! - spojrzeli do góry. Chyba zrozumieli. Musimy wiać. Tylko gdzie. Nic nie widzę przez ten kurz. Też wpadła na pomysł. Krasnolud zaklął pod nosem siarczyście. Zapewne znów na nekrosia. Podeszłam do niego. - Słuchajcie. Mor mówi, że na górze jest zbyt wielu orków. Tutaj mamy te kreatury do zabicia. Poza tym sufit zaraz się zawali. Wybór mały: korytarz w tył, albo stamtąd co przyszedł Mor i inne wilki. - westchnęłam. - W sumie, lepiej się pospieszmy. - powiedziałam patrząc na pęknięcie, które powoli się powiększało. - Mogłabym ewentualnie utrzymać jakoś magią sufit, ale szczerze nie mam najmniejszej ochoty. - prychnęłam. - Nie wiem jak wy, ale ja zamierzam iść za Morem. - wilk zakręcił się koło moich nóg. Dotknęłam jego sierści. Tak, wydostaniemy się stąd. Dokończymy zlecenie i wrócimy do Jego Królewskiej Mości z raportem.


Gorgonzol

Cholerny krasnolud, krótkowzroczny idiota, którego wypluła ziemia! Teraz on ziemią pluje, no proszę, ma coś po mamusi. Całe szczęście, że niedawno posiliłem się energią życiową tego srebra, bo chyba bym skończył pod tymi skałami. Rozmyłem się w cieniu, znikając na krótki pierwiastek sekundy, by po chwili stanąć na zawalisku, z czerwonym płomykiem w prawym oku. Krasnolud śmiał się przednio, zgniatając kości dopiero co usiekanego szkieletu. Mężczyzna ciągle był w szoku i nic nie mówił, a elfka coś powiedziała, sam nie wiem co. Jednak po chwili spadła na mnie kanonada wody. Wzdrygnąłem się momentalnie, wyginając szponiaste dłonie i całą resztę mnie w nienaturalnej pozycji. Wyglądałem chyba najgorzej w całej swojej kadencji, ale się nie przejmowałem. Shaikanka klęczała przy czymś włochatym, nie obchodzi mnie co to, ale prawiła słusznie. Trzeba się stąd wynosić, a i to zaraz. Nie przecisną się za tą Shaikanką, nie zdążą. Dlaczego otaczają mnie sami idioci i krótko-wzrokowcy? Złapałem zaniepokojonego krasnoluda w pasie, ignorując jego klątwy, uderzenia i cięcia toporem. Nawet ten cholerny amulet miałem w drugim z ośmiu skrzydeł. Ale nie, on wie swoje, och, zamknąłby się wreszcie, ma szczęście, że może się przydać, jeśli orkowie są tam na górze, to będzie miał zabawę. Elfkę po prostu zakneblowałem innym skrzydłem, jednocześnie ją unieruchamiając, a następnie skoczyłem w wyważone drzwi. Elfka coś mamrotała pod nosem, jakieś magiczne formuły, ale teraz liczyła się tylko szybkość. Błyskawicznie wyskoczyłem na korytarz, ale nagle poczułem, że coś się mnie chwyciło, u nogi zawiesił się ten człowiek, który ostrzegł nas o walącym się suficie. Był zdecydowanie za ciężki i spadłem na ziemię, tuż po tym, jak wyleciałem z nimi ze szczeliny. Nie obchodziło mnie to, co było dookoła. Osłabłem, to znak, że wyglądam już normalnie. Ktoś mnie klepał po twarzy, przekręciłem się tylko raz, a potem gwałtownie otworzyłem oczy.
-Ork!
-Zawrzyj jape nietoperku. - Krasnal zdzielił mnie w pysk. - Jeszcze jesteś nam potrzebny, muszę mieć partnera do sparingu!


Jedi

Żem ciemna masa otoczała mnie, to wyczuć od początku szło. Ażyś jednak. Niechto licho! Nekromanta gnój, ale przynajmniej resztki godności zachował. Ino rzyć mnie przez niegodziwca boli! Jakże darmowy podwóz oferuje, niechże na mecie nie ryje gębą po ziemi, tylko ląduje z gracją!
- Szlag by to trafił! Rozpierducha się panowie... - spojrzał pogardliwie na elfkę - ludziska... - miał zagwostkę jak nazwać tą pasterkę od wszawych bydlaków... - Żeś się do ciężkiej cholipki nie mogłaś urodzić z jajcami?! Tera mi tylko problemy robisz... - Ino sytuacja jest prosta, zaraz wykopyrtnie w nas stado orków. Oprócz tego, że zielone, to sie ubija tak samo jak psiaka - obrzydliwie wyszczerzył zęby do elfki.


Sarianna

Słysząc kolejny monolog obelg ze strony parszywego gnojka, nie posiadającego nawet jednego zwoju mózgowego, nie powstrzymałam się. Błyskawicznie przeskoczyłam nad nim, porządnie kopnęłam w ten jego śmierdzący zadek. Opadł, a ja ponownym kopniakiem obróciłam go na plecy. Wił się jak opętany i wymachiwał tym swoim toporkiem. Robiłam uniki, ale znudziło mi się. Kopnęłam go w nerw łokciowy, powodując, że upuścił broń. Wyjęłam swój miecz i przyłożyłam go chamowi do krocza.
- Jeszcze jedna obelga, parszywy gnoju, a i Ty będziesz babą... Rozumiesz? - szepnęłam mrocznym szeptem. Może i był ode mnie znacznie silniejszy, ale nie szybszy i zwinniejszy. 
- Jak tak ciężko ci usiedzieć spokojnie, to szykuj się, zaraz pobawisz się z orkami, ty niedorozwinięty bachorze... - mruknęłam, odsuwając od niego ostrze.


Rhayax

Nie rozumiałem tych ludzi. Zajmowali się swoimi prywatnymi sprawami, a ja widziałem jak pierwszy ork wyszedł zza murku i ruszył z bronią w naszą stronę. Zaczynało być nieciekawie.
— Ogarnijcie się! — Krzyknąłem. — Orkowie!
Nie wiem czy to cokolwiek poskutkowało, ale orkowie jak najbardziej usłyszeli mój głos.
Odezwał się róg myśliwski. 
Znowu mieliśmy problem, orków była cała masa.
W dodatku, brakowało mi kogoś.
Gdzie jest Shaikanka?
— Mamy przerąbane — powiedziałem pod nosem.


Jedi

No, babka z gliny nie byle jakiej! To musze przyznać. I dobrze. Kto to widział szarżować na orki, z samymi ciapami! Zaś ma drużyna, robiła mnie w psia mać konia! Jedna udawała, że nie umie stać, a tu psi krew ostra sztuka! Trupiarz nie lepszy, najpierw zdycha, ażby myśleć, że łajza. A ci tu na żyć ogra, skubaniec ożywa, i wszystich tłuczę! Myślę, że nawet obsrańca bym polubił, gdyby nie atakował MOICH do klejnotów Thoringa ofiar! Żem siem zawiódł inoż na tej ostatniej. Niedość, że stara, to spieprzyła przed orkami! Tu sie idealna okazja, do jajcarskiej bijatyki nadaża, a ta ... No nic, pewnie to część tej ich popieprzonej gierki! Kolejna udaje upośledzoną, a tu Ci zaraz chędożona całą armię orków wytłucze!
- W okolicy stacjonuje okazała armia plugawców - splunąłem siarczyście - Wybory mamy dwa, zarżniem my ich, bądź wyruchajo oni nas! Jest ważna kwestia, inoż musim poruszyć, oileż chcemy na nich szarżować! Śmiertelny pomio.. Trupi zbo... Jakżeś Ty do ciężkiej cholery się zwał!? Ino do rzyci z tym! Ważne jest, czy masz siłę i umiejętności, aby wezwać jakieś zdechlaki! Przy odrobinie magii natury, zwabim ich do zasadzki ... tej pieprzonej dziury do której nas skurwysyńce wrzuciły! A wtedy, się kmioty ino zesrajo, jak ich siekiero po łbach bede siekał!


Sarianna

- Widzę, krasnal, że we łbie ci się ułożyło... Do rzeczy gadasz. Tylko najpierw Alrun jakoś stamtąd zabrać trzeba... później można orków tam upchać. - mruknęłam zamyślona. Skupiłam się, a nogi najbliższych orków obrosły gęstymi i ły silnymi splotami. Rosły nadal, aż unieruchomiły miecze tych śmierdzących bydlaków. 
- Dorin, masz kilka smalców do zarżnięcia... - mruknęłam od niechcenia. - Alri, przydałoby się, żebyś zwolniła norę... Chcesz podpiec kilka zadków? - spytałam, oczami wyobraźni widząc spadające orki, które już w locie zaczynają płonąć...


Gorgonzol

Przepraszam, szanowną damę... - Muszę zacząć dyplomatycznie, inaczej gotowa jest mnie wykastrować. - Jednak sądzę, że ta Shaikanka, została w środku, a że strop się zawalił, to raczej ona...
To jej spojrzenie niemal mnie przebijało, ale ja się tylko uśmiechnę, nic więcej. Wstałem i otrzepałem ubranie z kurzu. Nasz towarzysz chował się za kolumną. ale nie winiłem go o nic. Przecież nie miał broni, a walka na gołe pięści z orkiem uzbrojonym po zęby, jak ten, który właśnie biegł wprost na mnie, nie była zbyt pasjonująca, ani równa. Mężczyźnie dałem tylko jedno spojrzenie, w którym wyraziłem swoje zażenowanie jego zachowaniem. Cóż, chyba należy wziąć sprawy w swoje ręce. Wyciągnąłem swój sztylet i zakręciłem nim trzy razy w powietrzu. Noc już dawno zapadła, ale moje zaklęcie poprawiające wzrok powróciło. Zapewne te ruiny miały jakieś bariery magiczne, blokujące w jakimś stopniu magię. Rzuciłem sztyletem w orka, który zręcznie go wyminął. Durna bestia, ta krótkowzroczność. Moja broń, posłuszna mej woli dzięki srebrnemu budulcowi, obróciła się w powietrzu i z gracją baletnicy, wbiła się w tył głowy tego potwora. Jednak czekało ich dużo więcej, nacierali małymi grupkami zwiadowczymi, niepewni co się dzieje. Krasnolud przednie się bawił razem z elfką, ale ja nie podzielałem ich entuzjazmu. Wątpię w moje myśli, ale teraz przydałaby się ta Shaikanka i jej bydle, ale od czego mam moją moc?
- Bargorira Thorkar, Bargorira Ar Thurkor! { Powstań przeklęty, powstań i bądź posłuszny! } 
Już po chwili szkielet powstał, chwycił włócznię spod resztek swego ciała i ruszył w stronę orków. Będę świetnie się bawił!


Alrune

"Tędy. Szybko!" Biegłam za Morem do tunelu. Strop zaczął powoli spadać. Nie obchodziło mnie co z innymi. Każdy dba o siebie. Chociaż w sumie mam nadzieję, że żyją. Nawet pokręcony nekroś. Cóż, widocznie coś ze mną nie tak.
Czołgałam się tunelem. "Kiedy koniec?" "Jeszcze kawałek. Spokojnie. Zaraz\ wyjdziemy" Jasne prędzej ja tu klaustrofobii dostanę. Po chwili zobaczyłam wyjście. Udało się. Wyszłam na zewnątrz, otrzepałam się z kurzu i popatrzyłam za siebie. W odległości jakiś 60 może 70 metrów widziałam swoich dotychczasowych towarzyszy i orki. Dużo orków. No to teraz mam dylemat: ratować ich czy "olać" i robić swoje? Nie lubię podejmować ciężkich decyzji.
"Ratujemy ich? - spytał, patrząc mi w oczy. - Oni przez kilka dni byli z nami stadem. Elfka dała mi mięso kilka razy." "Tak łatwo dałeś się przekupić. - prychnęłam. - Nie są z nami stadem. Nie takim jak my. Rozumiesz?" Usiadł i podrapał się za uchem. "Stado to stado. Nie ma głupich podziałów na rodzaje." Milczałam, w sumie miał racje. Połączyła nas przygoda. Każdy miał swój cel. Cóż, trudno. "Zaraz im pomożemy. Wpierw spróbuję się skontaktować z Bastrim ze Stolicy. Oni jeszcze nie wiedzą o ataku orków." "Tylko nie za długo." - powiedział, obracając się i patrząc na "nasze stado".
"Bastri! Bastri!" - krzyknęłam Mocą w kierunku przyjaciela. 
"Alrune? To ty?" Nie, krasnoludek. Jego durne pytania zawsze mnie irytowały.
"Posłuchaj, bo nie mam za wiele czasu. Orkowie zaatakowali Pogranicze. Za niedługo mogą dotrzeć do stolicy. Zawiadom króla." Przerwałam połączenie. Nie miałam czasu na dyskusje. Kątem oka zauważyłam, że walka się rozpoczęła. "Mor, idziemy" - powiedziałam, wyciągając fiolkę i zwilżając strzały. Jak nie zabije ich to przynajmniej trucizna ich wykończy. Moje kochane trucizny. Biegłam po cichu, po drodze analizowałam jak najlepszą pozycje do zajęcia. Krzaki - dobra opcja, bo będę ukryta. Skały - za dużo wdrapywania. Otwarta przestrzeń - za krótko, później walka z mieczem. Czyli krzaki. Stanęłam w cieniu, szybkim ruchem założyłam strzałę i zaczęłam naciągać cięciwę. Który pierwszy? Atakujący krasnoluda olbrzym z młotem? Dwaj orkowie uchylający się przed kamieniami lecącymi od Carli, czy może zachodzący od tyłu nekrosia? To będzie piękny strzał. Tak, już zdecydowałam którego powalę. W sumie to mogłabym jeszcze chwilkę poczekać i pośmiać się z ich trudu, ale taka nie będę. Puściłam cięciwę. Strzała wbiła się idealnie w ciało orka, który momentalnie runął na ziemie. Tyłek nekrosia bezpieczny. Teraz Carla. Naciągnąć i puścić. Tak, w tył pleców. Kolejny. Świst. Powalony. Czy orkowie jeszcze się nie zorientowali, ze ktoś ich wykasza z ukrycia? Ten w skórzanej zbroi mi się nie podoba. Poczułam lotkę na twarzy. Świst. Tak, prosto w serce. Idealnie. "Mor. Możesz się zabawić." "Mogę? Juupi. Viva la Faeglin!" - krzyknął, rzucając się na najbliższego orka i podgryzając mu gardło. Tak, to lubił. Zapach krwi i mordowanie wrogów stada. Walka, którą stoczymy dopiero się zaczynała, a orków wcale nie ubywało. 
- Miej nas w opiece Ojcze Smoków, Potężny Urze. - wyszeptałam cicho, wypuszczając kolejną strzałę.



Rhayax

Kryłem się oszołomiony za kolumną. Moi towarzysze walczyli z orkami. Ale ja nie mogłem nic zrobić, nie potrafiłem walczyć, nie miałem broni.
Mogłem tylko obserwować. I chyba tylko to pozwoliło uratować mi krasnoluda.
Nikt nie zauważył, że zza ich pleców, z ruin wyłoniło się kilku orków. Eskorta szamana. Nie wiem skąd to wiedziałem, ale miałem świadomość, jaką tamten moc Magii Ziemi potrafi przyzwać, aby nas unicestwić.
Obserwowałem, jak wokół nóg krasnoluda i nekromanty zaczęła falować ziemia.
Nie miałem dużo czasu na zastanowienie, zrobiłem pierwszą rzecz, jaka przyszła mi do głowy.
Wziąłem jakiś większy kamień i rzuciłem nim w krasnoluda. Chybiłem.
Ziemia pod ich nogami zaczęła się wybrzuszać. Krasnolud odwrócił się w moją stronę, aby zobaczyć kto w niego rzucił. Już widziałem jak z jego ust miała wylecieć wiązanka przekleństw.
Rzuciłem po raz drugi, a kamień trafił go w czoło. Dorin zatoczył się do tyłu.
To uratowało mu życie.
W miejscu, w którym stał przed chwilą znajdowały się wystające nad ziemię, piekielnie ostre kamienne szpikulce.
Tylko tyle zdążyłem zrobić.
Nekromanta musiał poradzić sobie sam.
Szkoda...


Jedi

Do czorta! Ma babka zawsze prawiła, że orki to imbecyle! I miała rację! Jak walczyć, to walczyć! Nie obrzucać kamieniami przeciwników! Kretyny... Szaman sie do ciężkiego piekła zdziwi, jak rzyć mu toporem zmiażdżę!
- W ryj se walnij tym kamieniem poczwaro! - ryknąłem. Jednak, bitewka to bitewka. Coby poradzić. Rzuciłbym się i zmiażbyłbym gębę tego pieprzonego brudasa butem, gdyby nie obstawa...
Miast atakować, zacwałowałem za kolumnę. Czasu ino mało było, iżebym niejak kombinował, by sie przy okazji szybciakiem odlać, nie było nawet o tym mowy. Musiałem się śpieszyć. Wyjąłem ze skórzanych pochew dwa sztylety. Żyłki uprzednio przygotowane przywiązłem do paluchów.
Wyskoczyłem zza kolumny, rzucają oba sztylety na boki. Lekkie pociągniecie linek, i ostrza przeleciały obszernymi półkolami kasując dwie pary orków - ochroniarzy. 
-GILOTYNA, BRUDNE GŁĄBY - krzyknąłem ochoczo. Ostatnim sługusem, nawet się nie musiałem zajmować, ino zmarlak od nietoperka właśnie wydłubywał mu zzieleniałe ze strachu he! he! gały... 
Został tylko szaman, świdrujący mnie wzrokiem. Coś mi cholipka mówiło, że to jego szeptanie, to raczej nie biesiadne pieśni...


Sarianna

Słysząc warknięcia Dorina odwróciłam się. Zobaczyłam, że tym razem wkurzył go kamień. rozejrzałam się i zrozumiałam, że to jeden z naszych nim rzucił. Zaciekawiona tym rozejrzałam się. Widząc szamana wszystko zrozumiałam, w ostatniej chwili. Ziemia pod moimi stopami falowała niemiłosiernie. Poczułam silny gniew. Próbował pokonać mnie naturą? Moją własną działką?! - pomyślałam wściekła. Widziałam, że gnojek wciąż szeptał swoje zaklęcia. Zauważyłam też orka, który właśnie planował rozbić mi głowę. Mocno odbijając się od posadzki, zrobiłam salto w powietrzu i silnym kopnięciem powaliłam go, prosto na rosnące właśnie skały. Przeszyły go na wylot, rozwalając jelita, żołądek i inne cuchnące elementy jego budowy. Nie miałam jednak czasu na rzyganie, ruszyłam biegiem, po drodze ucinając głowy dwóm orkom. Dotarłam do nekrosia bawiącego się z umarlakami. Wskrzeszał ich nie zwarzając na falującą posadzkę.
- Radziłabym potrzeć pod nogi! - warknęłam i wypchnęłam go z zaklętego miejsca. 
- Dorin, pośpieszże się z tym szamanem! - krzyknęłam do odlewającego się krasnoluda - Zaraz cię zastąpię i sama go pofiletuje! - ostrzegłam. Sekundę później stał już na plecach bezgłowego szatana. 
- Lepiej... - uśmiechnęłam się lekko, po czym wskoczyłam na plecy orka. 
- Śmierdzielu, podrzucisz? - zaśmiałam się. Zdenerwowany tłuścioch zamachnął się na mnie bronią. Zdążyłam zeskoczyć, jedyne co trafił... to jego własna szyja. Krew trysnęła obficie, po chwili leżał już we własnej kałuży.


Gorgonzol

Co do? Coś mi świsnęło koło ucha, a następnie coś spryskało moje włosy. Teraz ich cholerna długość okazała się beznadziejna. Trup orka zwalił się obok mnie, by po chwili powstać, w rozbłysku zielonego światła. Szkielet chwycił buzdygan i zaszarżował naprzód. Głupie istoty, nie tak bystre jak kościeje, ale spełniały swoją rolę znakomicie. Kolejne strzały pędziły do swoich celów, trafiając z zabójczą precyzją, albo minimalnym chybieniem. Nie miałem pojęcia kto był tym łucznikiem, ale pewien zapach mnie zaintrygował. Czuć było mocny zapach sierści, jakby jakieś zwierze było niedaleko, ale to musiałby być co najmniej, niedźwiedź, żeby doszedł mnie jego zapach. Sztylet wrócił do mnie, z gracją baletnicy wpadając w dłoń. Nagle, elfka chwyciła mnie za włosy, kierując głowę do dołu, wprost na falującą ziemię. Odskoczyłem w tył, ledwo unikając poranienia. Nie miałem nawet chwili na to, by spojrzeć kto używa magii, bo już następne kamienne kolce wyrastały spod moich nóg. Musiałem co chwilę wykonywać akrobatyczne triki, aby tego unikać. Ostatecznie, wpadłem na kolumnę, tuż obok naszego miłego towarzysza. Jak on się nazywa? Po tej walce muszę go o to zapytać. Jakiś ork zdążył do mnie dobiec, nie dając mi czasu na reakcję. Cieszę się tylko z tego, że miał szablę, mój sztylet błyskawicznie zaczął z nim wojenny taniec. Był dobrze wyszkolony, ale przeciw moim dzieciom nie miał żadnych szans. Padł martwy, z włócznią w brzuchu. Wyrwałem ją i rzuciłem pod nogi naszego towarzysza.
- Lepiej, żebyś mógł coś zrobić, gdyby jakiś zielonoskóry podszedł do ciebie. Nie zawsze będę cię krył.
Wziąłem szablę tego trupa, pozostawiając mu gołe kości, których nawet zręcznie używał.


Alrune

Wypuszczałam strzałę za strzałą, ale powoli mi się to nudziło. Mor pastwił się nad twarzą powalonego orka. Nie żeby lubił ich, ale cóż. Dawno nie miał okazji zapolować. "Kilku schowało się tam w zaroślach. Czujesz ich?" - zapytał po chwili. Tak, teraz poczułam. Czułam zapach jego nosem. A może by ich tak... tak, to dobry pomysł, ale za chwilę. Jeszcze kilka strzał. Strzelałam raz za razem. Trupy padały, a ci co przeżyli umierali po przejściu jakiś góra dwóch metrów. W końcu wykorzystałam ostatnią strzałę. Tak, teraz nie pozostaje mi nic innego jak atakowanie mieczem. Nie jestem mistrzem w szermierce, ale ostatniego miejsca też nie mam. Wyciągnęłam go powoli z pochwy i cichcem przeszłam niezauważona na drugą stronę. "Nie widzicie mnie." - rozkazałam Mocą. Stanęłam za wielkim orkiem.
- Witam. - powiedziałam cicho, wbijając mu miecz między łopatki. To takie proste. Przynajmniej na początku. Kolejny ork zaczął szarżować na mnie. Stanęłam w lekkim rozkroku i czekałam na cios. Zablokowałam go, ale sporo wysiłku mnie to kosztowało. Odskoczyłam w bok, tnąc przy tym jego bok od pachy do uda. Po chwili prysnęła krew. Nie był martwy, ale ranny. Rozwścieczony rzucił się na mnie. Błąd. Nigdy nie atakuj przeciwnika w furii. Wzięłam zamach i ścięłam głowę. Legł tuż u moich stóp. - Kto następny? - spytałam cicho jakby sama siebie. Kolejny ork sie pojawił znikąd. Chodź do mnie. Zaśmiałam się cicho pod nosem. Szarża. Orkowie to jednak idioci. Czy oni nie obserwują przeciwnika? A później się dziwią, że ich w pień wycinają. Ech. Spojrzałam za siebie. Reszta walczyła. Poczułam nagle, że coś mnie pcha w tył. Wyrzuca w powietrze. Jakaś siła. Uderzyłam plecami w kolumnę. Zabolało. czekaj tylko, niech ja cię dorwę. Powoli zaczęłam wstawać opierając się na mieczu.
- Proszę, proszę staruszka się pojawiła. - usłyszałam głos gdzieś obok. Nie miałam jednak czasu na odgryzienie się. Muszę znaleźć tego co mnie wyrzucił w powietrze. Znaleźć i zabić. Tak, taki mam plan. Pobiegłam z kierunku z którego "przyleciałam". To co tam zobaczyłam jednak mnie lekko przeraziło, ale nie zdziwiło. Golemy. Jest coraz zabawniej, nie ma co. Na pewno tu nie zginę. Jestem Shaikanką i te plugawce mogą sobie... a zresztą mniejsza.
- Na pohybel sku***ynom! - krzyknęłam głupio atakując kolejnego orka.


Rhayax

Powoli podniosłem zakrwawioną włócznię. Po co oni mi to dali, przecież nie potrafiłem walczyć.
Nudziło mi się siedzenie za tą kolumną, ale nie wiem dlaczego nie mogłem się zmusić, aby cokolwiek zrobić. Coś się działo.
Nagle przede mną pojawił się ork...
...I tak szybko jak się pojawił, legł z przebitą włócznią głową.
Zdziwiłem się nieźle. Coraz ciekawiej, przecież nawet nie pamiętam jak to zrobiłem. Coś ze mną nie tak.
Na polanę przy ruinach wchodzą dwa golemy, kontrolowane przez ukrytych w lesie orczych szamanów. Powiem szczerze, nigdy jeszcze nie widziałem takiej góry kamieni w jednym miejscu, a do tego żywej!
Próbowałem wyszarpnąć moją włócznię ale się nie udało.
Nagle zamarłem.
Coś się zbierało na skraju polany, coś mrocznego, coś czekało.
Cholera...


Jedi

Psia mać! Łamaga jak łamaga... Żebym ja jednak musiał człeka pchać na potworę, żeby włócznio przebił powtore, to są coraz większe jajcy... Jażym, każego człeka, powiesił tak za pręta na dobry tydzień! Wtedy, takowy Ci nawet nie piśnie, tylko zaszarży jak głupi na orka. Nie no, co jak co, ale łajzów to ja nie znoszę! 
Z impetem przyparłem cherlaka pod kolumnę.
- Słuchaj, że mnie. To jest do cholery wojna! Szukać rozrywki, to se możesz ino w burdelu. Tutoj to dbasz o WŁASNĄ rzyć! Spróbuj wywinąć jeszcze jeden numer, a Ci tą dzidę wsadzę gębą, a rzycią wyjmę! Widzisz tego psia krew wyorstka ?! - wskazałem toporem na kolosa - Ja go czymś zajmę, a Ty wyceluj ino dobrze i pędrakowi zasuń dzidą w oko aż się zesra!
Ruszłem. Jakieś kmiociny pentające się pod nogami rozgarniałem trzonkiem topora, moim psia krew adwokatem! Jest! -Golem ?! To ma być Golem?! Tożto to popierdółka a nie golem! - poteżny zamach. Trzask! No, przynajmniej łydo-gnata śmieciowi zmiażdżyłem. Skubaniec jął się schylać, mierząc pięścią w mój tors. Świst! Już słyszę, jęk lecącego osczepu. Kolos zaraz dostanie po ryju drewniakiem.
Nagły impet wyrzuca mnie do przodu! Czuję tylko ziemię w zębach. Muszę wstać zanim wielkolud mnie przydepcze! AAARGH! Czuję przeszywający ból! Jakby siepacz zasunął mi siekiero w plery. NIE! Nie wierzę. Ten imbecyl CHYBIŁ!
-KU*******WA! Zamorduję Cię kaleko! - to był błąd. Wyrzucane przezemnie słowa, zatrzęsły całym ciałem. Czułem, jak parszywe źródło bólu, nateża się. Przed oczami widziałem tylko rozmyte zielono-czerwone plamki. Chędożona nadzieja, że na czas znajdzie mnie medyk. Ostatnia myśl.


Sarianna

- No kuźwa jego mać!!! - wrzasnęłam widząc leżącego krasnala. Nadszedł czas pojeździć na czymś mniej obleśnie miękkim...- pomyślałam, po czym z rozpędu wskoczyłam na plecy Golema. Jednak zamiast się go łapać, zwyczajnie zakotwiczyłam miecz w jego piersi. Padł martwy.
- Nekroś, streszczaj się i dorób trochę sojuszników, bo robi się kiepsko! - wrzasnęłam, nie miałam jednak pojęcia, gdzie był teraz Elthir...
Szybko naskoczyłam i zarżnęłam kolejnego orka. Nie było ich już wiele, zaledwie kilkoro. Niepokoiły mnie jednak golemy. Za tymi stanowczo nie przepadałam! 
Nic to! - pomyślałam. Wezwałam skały i ciernie, by stworzyć prowizoryczną fortece. Zagwizdałam na wilki, które pozasypiały w tunelu. Czas najwyższy, by znów pomogły. I tak też zrobiły, zaczęły pojawiać się, jeden po drugim. Zaatakowali resztę Orków, tymczasem moi towarzysze skupili się na Golemach. 
Podbiegłam do zranionego Dorina. Rana nie była śmiertelna, ale mocno krwawiła. Skrzywiłam się. Znów musiałam oderwać kawał sukni, by zatamować czyjąś ranę!


Gorgonzol

Wystarczy jedna chwila nieuwagi, jeden moment, przez który nie obserwuję tych łamag, a już partaczą sprawy. Nie sądziłem, że ten człowieczek zrobi jakiś użytek z tej broni, ale wątpię, że nawet gdyby trafił, to by mu coś pomogło. Cholerne golemy, magia ziemi nie jest moją domeną, nie mam pojęcia, jak je unieszkodliwić. Gdzie ta cholerna stara jędza pociekła?!
- Nie! Wracaj stara próchwo! Gdzie biegniesz?! - Ledwo wróciła, już jej nie ma. Czasami mam jej dość, ale dopiero teraz zauważyłem jej pusty kołczan. Wiec to jest ten łucznik, a w zasadzie łuczniczka. 
Siedemnaście szkieletów, tylko tylu, a już kolejne zamówienia zostały złożone, przez tą samobójczynię. Jak można rzucić się na golemy? Jeszcze z takimi kozikami, które nawet nie przebiją połowy jego ciała. Rozpruła mu pierś, racja, ale to nie zabija golema! Już się podnosił, już nakładał kolejne zwały ziemi w miejsce rany. Na całe szczęście, te wilki wyskoczyły w odpowiednim momencie, powalając golema masą. Kilku maruderów jeszcze padło, zasilając moje szeregi, a w sumie liczyły one dwudziestu wojowników. Posłałem ich naprzód, samemu zachowując bezpieczną odległość, wodziłem wzrokiem za Shaikanką. Gdy ją znalazłem, odbiła się od mojego sługi i z gracją orła, wylądowała na głowie sługi ziemi. Gdy odcięła mu głowę, spadła na szamanów, zalewając liście czerwienią. Jednak czułem, że coś mrocznego zbiera się niedaleko nas, a dokładniej pod nami, w ruinach. Chyba te orki, to dopiero przedsionek tego, co nas czeka...


Alrune

Szlag by was wszystkich jasny trafił, stado krów stratowało i koza kopnęła. Golemów im się zachciało. Nabrałam w płuca powietrza. Cięłam tych idiotów, tak orkowie to idioci. "Alrune? W porządku?" - usłyszałam głos Mora. Dopiero po chwili zorientowałam się, że nieźle mnie poobijali. "W porządku. Baw się dalej." Chwyciłam mocniej miecz. Muszę znaleźć tych szamanów, właśnie liczba mnoga, bo zapewne jest ich kilku. Dam im radę? Chyba raczej nie mieczem. A gdyby tak stylem Dantego ich załatwić? Nie zwracać uwagi na rany? Nie, nie mogę na to pozwolić. Inni też są ranni, nie mogłabym zużyć całej energii na siebie. Może znów Smoczą magie? Mogłabym, ale to byłoby znów wykroczenie przeciwko moim regułom. Cóż, zobaczymy jak tam dotrę. Powoli wychyliłam się zza krzewów. Dwóch szamanów szeptało formułki w swoim plugawym języku. Nigdy nie nauczyłam się tego skrzeku. Ech.

"Jestem swoim największym wrogiem..."
Znajdź wszystkie posty użytkownika
05-28-2012, 21:13
Post: #2

RE: Gra
Alrune
- Witam. Mam nadzieje, że nie przeszkadzam. - powiedziałam doskakując do pierwszego. Odskoczył. Czyli nie był tylko szamanem. Świetnie. Cięłam mieczem, kilka razy drasnęłam go. Drugi był pogrążony w transie. Nie mogłam jednak go zaatakować. Musiałabym wtedy odwrócić się do przeciwnika plecami. Szybko wyminęłam orka i łupnęłam ostrzem pomiędzy jego łopatki. - Twoja kolej. - Podmuch powietrza znów odrzucił mnie. Czyli to był on. Kontroluje powietrze. Oręż nie ma szans z nim, tak? W takim razie inaczej się zabawimy. Tylko żeby mi starczyło siły. Chwyciłam medalion schowany pod tuniką. - To twój pechowy dzień orku. - zaczęłam szeptać formułki. z rozciętych dłoni kapała krew. - Saaahala ma aler nam. Airy gha vool krei. Ame. - poczułam jak energia zaczyna przepływać przez moje ciało i kiedy się skumulowała krzyknęłam: - Asame, lina eta Raitor, Ura lir. - Słup energii przebił się przez tarczę szamana, doszczętnie spalił go całego. Nie została nawet malutka kosteczka. Całkowite unicestwienie. Stałam chwilę i patrzyłam na swoje dzieło. - Smoczy ogień. - szepnęłam. Po chwili zorientowałam się, że należy wrócić do innych. Byli ranni. Powoli zaczęłam iść w ich kierunku. "Alrune! Alrune! Ze skrzatem jest źle. Leży ranny." Mor biegł w moim kierunku. Dorin ranny. Musze się pospieszyć. Zaczęłam biec. Zobaczyłam krasnoluda leżącego niedaleko kolumn. Cóż, obraz nie za ciekawy. Pełno trupów, krasnolud dogorywa, Carla jest cała poobijana, a jej suknia to praktycznie strzępy, Elthir jakoś z nich wszystkich najlepiej wygląda. Nie czekałam na wyjaśnienia, ani sama ich nie składałam.
- Później wam powiem. Teraz muszę uleczyć kurdupla, bo nam zaraz zejdzie. - dotknęłam jego rany i rozpoczęłam leczenie. Tak, to była ciężka bitwa, ale i tak to był zaledwie patrol nieprzyjaciela. Musimy, zdecydowanie odpocząć. Chociaż kilka godzin, zregenerujemy siły i możemy iść dalej. Ciekawe co na to reszta?

Rhyayax
Nie wiedziałem jak to się stało. 
Trafiłem krasnoluda.
Przecież dobrze wycelowałem ponad nim w tego przeklętego golema. Los jest okropny. W dodatku, chwilę potem golem dosłownie rozsypał się na kupkę kamieni, z których zresztą powstał.
Walka była skończona. Trzech szamanów, parudziesięciu orków. To dopiero początek. Trzeba odpocząć i przebić się na drugą stronę doliny, w stronę Królestwa, przez ich obozującą armię. Niełatwe zadanie.
Nie wiem co było nie tak, ale coś mi nie dawało spokoju. Coś czaiło się na skraju mojej świadomości.
Już miałem "złapać" uciekającą mi myśl, ale zawsze mi umykała. Nie wiedziałem co o tym myśleć.
— Krasnolud, żyjesz? — Spytałem, podchodząc do Dorina.
— Taa, jasne. — Odpowiedział półprzytomnie.
Odszedłem parę kroków i pozwoliłem innym się nim zająć. Nie potrafiłem nikogo leczyć, więc byłem bezużyteczny.
Zbliżała się noc, trzeba było odpocząć.
Postanowiłem wśród ruin rozpalić małe ognisko, dzięki tym starym murom blask ognia nie będzie widoczny pareset metrów dalej.
Wszedłem do ruin, spoglądając na moich towarzyszy.
Tutaj mrok zapadł tak jakby szybciej. 
Nie zwróciłem na to uwagi. Za bardzo byłem zajęty rozpalaniem ognia.
Jednak nic się nie stało, było spokojnie.
Coś czekało.
Następnego dnia żałowałem, że nie zwróciłem na to uwagi...

Sarianna
Wreszcie rozprawiliśmy się z wszystkim, co było w najbliższej okolicy. Choć oczywiście nie przyznałabym się do tego, miałam już dość. Kocham walczyć, ale... co za dużo, to nie zdrowo, jak mówią... Byłam już wykończona i cholernie obolała. Do tego ostatni pokonany golem zwalił mi się na głowę. Czułam pulsującą gule na mojej głowie.
- Dobra, czas najwyższy odpocząć! - Mruknęłam, chyba głównie do siebie. 
Staliśmy przy starych ruinach, a nasz dziwaczny towarzysz wszedł do ich wnętrza. Sądząc po zapachu rozpalał ogień. Zaniepokoiło mnie to, widząc jak cudnie posługiwał się bronią, pomyślałam, że równie łatwo mu przyjdzie popalić drzewo, zamiast chrustu... Ogień, to zło!- powtórzyłam w myślach dobrze mi znaną zasadę, wyuczoną jeszcze we wiosce...
Podeszłam więc sprawdzić, jak sobie radzi. Nie było źle, jeszcze nic nie zapowiadało pożaru. 
- Przypomnij, jak masz na imię? - spytałam

Jedi
Świadomość zaczęła powracać. Byłżem obolały od rzyci aż do brody. Głowa pulsowała intensywnym bólem. Żem nie pamiętał co się stało. Łiczyłzem jedynie na dwie rzeczy. Żem nie rozpierduczył po pijaku całej gospody, aniżym nie zaciukał szwagra toporkiem... Tak się ino kończą popijawy! A co mi tam, jak sie bawić w gospodzie to siem bawić! Niech moja stara wie, że ma krasnoluda za chłopa, anie kurewka sodomitę!
Jeno żem się rozejrzał po rozwalonej karczmie. No nie wierzę! Jam nawet pił kiedyś z jaszuczurami, alem się nigdy tak nie uchlał, aby ''Pod Szczerymi Klejnotami'' zmieinć w ruiny... Coś mi nie pasowało. 
Postanowiłem najpierw przemyśleć, cożem przed chiwlo nadziwował, zanim w ogólę się ruszę.

Alrune
Czułam się wykończona. Ledwo stałam na nogach, a do uleczenia jako takiego była jeszcze Carla. Elthirowi nic nie było, nie dziwota skoro miał ochroniarzy co za niego walczyli. Spojrzałam na elfkę. Powierzchowne rany, mogę na razie je odpuścić. Nie widać i nie czuć od niej złamań. Nie, wszystko w porządku. "Mor, posprawdzaj szamanów czy mieli ze sobą jakieś zioła i mikstury. Przy okazji powyciągaj strzały z ciał o ile dasz radę." Nie odezwał się nic. Czułam, że jest lekko poobijany, ale szczęśliwy. Bogowie, oby głupi orkowie mieli przy sobie kozłek.
- Mor zaraz znajdzie jakieś zioła. Damy je krasnoludowi. Powinny pomóc go ocucić. - powiedziałam spokojnie patrząc na niebo. 
- Co się z tobą działo? Jak się wydostałaś z komnaty? Nekro... znaczy Elthir mówił, że na pewno zginęłaś. - powiedziała szybko. To miłe, że ktoś się o mnie martwił. Uśmiechnęłam się.
- Zapewne zawiodłam co niektórych nie umierając. - prychnęłam, patrząc na nekromantę. - Mor mnie wyprowadził twoim tunelem, a gdy wyszłam to zauważyłam, że już walczyliście. - podeszłam do ogniska i patrzyłam w płomienie. - Szczerze chciałam was opuścić, uciec. Ale postanowiłam pomóc. - Elthir wyglądał na bardzo, ale to bardzo zdziwionego. Carla była zadowolona. 
- Nie mogłaś szybciej, psia twoja mać. - powiedział Dorin zirytowanym głosem. Czyli obeszło się bez ziół. Chociaż nie, nadal nie wyglądał za dobrze. Trzeba będzie mu podać coś na wzmocnienie i do jedzenia. Tylko co? Hmm...
- Długo się czołgałaś tym tunelem. My tu już walkę na dobre zaczęliśmy, a ciebie nie było. - powiedział z wyrzutem Elthir. Nie wiem o co ma pretensje: o to, że to trwało tak długo, czy też z powodu tego, że przeżyłam? Irytujący typ. Miałam ochotę go teraz udusić. I chyba kiedyś tak zrobię.
- Shaikany, psia twoja mać, same tchórze i dupo trzęsy. Ino ładnie mówić potrafią, a do bitki ostatni. - Czy ten krasnolud właśnie mnie obraża? Jak tak, to go zaraz przywrócę do stanu z przed 20 minut.
- Widzę żeś wielki znawca tematu rasy, Dorinie. Powiedzcie mi, mości krasnoludzie, gdzie taką wiedzę zdobyliście? Ja sama w ciągu całego swojego życia widziałam tylko jeszcze dwóch przedstawicieli swojej rasy i byli oni raczej u kresu już. - powiedziałam ze spokojem. Krasnolud wymruczał coś pod nosem. Westchnęłam. - Orkowie zmierzają do stolicy. Nie wiem jaka jest teraz sytuacja, ale armia została powiadomiona. Jakby to powiedzieć, my jesteśmy teraz na tyłach wroga, więc król może chcieć nas wykorzystać. - patrzyli na mnie zdziwieni. - Wybaczcie mi, jeśli się odłączę i porzucę grupę, ale złożyłam przysięgę i muszę jej dotrzymać. - zapatrzyłam się w ogień. Tak, to była jedna z najgorszych decyzji w moim życiu. Kto wie czy nawet nie tragiczna dla mnie?

Gorgonzol
Więc to tak? Stare przysięgi i zobowiązania? Robi się ciekawie, szkoda, że nie będzie mi dane zobaczyć stolicy. Takich jak ja raczej tam nie wpuszczają, a jeśli już, to rozrywają ich na placu zwycięstwa. Westchnąłem ciężko, mimo zgryźliwości, jaką zazwyczaj się otaczam, ta kobieta wydawała się miła. Krasnolud nie wyglądał najlepiej, szkoda, że w czasie ucieczki zgubiłem swoją torbę z ziołami. Lecznicza magia Shaikanki jest tak przydatna, jak i równie odległa od mojej osoby. Cóż, chyba była zła, że wyszedłem bez szwanku z tej jatki, ale czego się spodziewać po niej? Przecież zabija takich jak ja na zlecenie od wieśniaków, którzy zapomnieli, że jeszcze kilka dni wcześniej sami chcieli zobaczyć kogoś, kto już zmarł. Ogień był przyjemnie ciepły, ale chłód znacznie lepiej działał. Dziesięć marionetek przeżyło i stali przed pieczarą. Czekali, w grobowym milczeniu i równym szeregu.
- Spełniliście swoje zadanie, wasze ciała są wolne, możecie odejść.
Po chwili, kości rozpadły się, tworząc ponure stosy o identycznych kształtach. Moi kompani rozmawiali o czymś, ale ja do nich nie dołączyłem. Siedziałem na warcie, wypatrując kogo się dało. Czekałem niemal do brzasku, gdy przyszedł do mnie nasz przyjaciel. Dopiero wtedy zauważyłem, że reszta kompani posnęła, regenerując siły.
- Odpocznij, zmienię cię, chociaż tak się przydam
- Jak chcesz, tylko nie zaśnij. - Uśmiechnąłem się i położyłem spać, chociaż na te kilka minut. 
Zasnąłem niemal natychmiast, tyle czarowania w tak krótkim czasie, to bardzo wyczerpujące zajęcie. Miałem niespokojne sny, w których widziałem kogoś ubranego na czerwono, tańczącego wśród kości. Schodził do wnętrzności ziemi, kalecząc ją swymi stopami. Gdy spojrzał na mnie i wypowiedział moje imię, obudziłem się. Była jeszcze ciemna noc i nie minęło nawet pięć minut od momentu, kiedy się położyłem. 
- Więc, powiesz mi, jak się nazywasz? - Zagadnąłem do podróżnika, trącając grot złamanej włóczni, którą mu dałem.

Rhyayax
Siedziałem i rozpalałem ogień, kiedy ta elfka podeszła do mnie i zapytała mnie o imię. Byłem zbyt zamyślony żeby odpowiedzieć. Moje myśli wędrował innymi ścieżkami, nie byłem nawet świadom, że prawie wszyscy poszli już spać. Tylko nekromanta pełnił wartę.
Ocknąłem się z tego stanu dopiero po paru godzinach.
Rozejrzałem się dookoła. Ognisko ledwo się żarzyło, a wokół panowała niesamowita cisza. Zauważyłem, że Elthir trzyma wartę i postanowiłem go zmienić. Może i nie potrafię walczyć, ale krzykiem mogę wszystkich zbudzić.
Nekromanta poszedł się położyć, a ja siadłem na niskim murku i obserwowałem okolicę. Nad las biła łuna rozpalonych w obozowisku orków ognisk. Nie byli tak daleko, musieliśmy ich jakoś minąć i uciec z tego ślepego zaułka pośród gór.
Patrząc w las znowu się zamyśliłem. Był taki cichy, taki spokojny i monotonny, że mogłem wpatrywać się w niego całą noc.
I chyba dzięki temu zauważyłem, że coś się poruszało. 
Nie była to osoba ani zwierzę, ruchy tego czegoś były spokojne, miarowe, nienaturalne...
Przeszły mnie ciarki.
Obudziłem się gdy promienie słońca, które wzniosło się nad las, dotknęły mej twarzy. Ranek.
Otworzyłem oczy i zamarłem.
Czyiś miecz celował w moje serce.
Podniosłem wzrok i spojrzałem kościeja, który był nie wyższy ode mnie. 
Ale blask, jaki go otaczał, świadczył o tym, że był chroniony przed magią.
Spojrzałem w lewo, i zobaczyłem jak szkielety podchodzą do moich towarzyszy. Przytknęły miecze do szyi Shaikanki i nekromanty.
Został tylko krasnolud i elfka, którzy byli bardziej oddaleni od nich.
— NIEUMARLI!! — wrzasnąłem z całych sił gdy próbowałem odbić miecz szkieleta od mojego ciała. Nie udało się, dostałem rękojeścią po głowie i zacząłem powolną wędrówkę w kierunku ziemi.
Upadając, widziałem jak elfka i cudownie przebudzony krasnolud podrywają się z dobytą bronią.
A zza kolumny wychodzi ubrana na czerwono postać.
— Kto zniszczył moją bibliotekę!? — wrzasnęła.
A potem przed moimi oczyma zapanowała ciemność...

Sarianna
Bibliotekę? - spytałam niewinnie, jednocześnie zmuszając rośliny do unieruchomienia kostków i odsunięcia ich mieczy od szyi towarzyszy. - A... tą bibliotekę... Ja. Wiesz, nie podobała mi się. Nie masz co żałować, nie było w niej nic wartego przeczytania. - Zaśmiałam się złośliwie. Tym czasem Dorin dyskretnie budził pozostałych. Jakimś cudem udało mi się przyciągać uwagę czerwono odzianej istoty przez wystarczający czas. 
Zagwizdałam, i kilkadziesiąt wilków zakradło się do niej. Gdy były dostatecznie blisko sama również zaatakowałam. Czerwona postać była jednak znacznie trudniejszym rywalem od durnych Orków... Walczyłyśmy zawzięcie, jednak byłam już mocno wyczerpana, do tego przed chwilą rozcięła mi ramię... Miecz mojego wroga uniósł się, leżałam, a jego ostrze wycelowane było w moje serce. Na szczęście towarzysze byli już tuż tuż, jedyne co musiałam zrobić, to przeżyć jeszcze kilka sekund... Ostatkiem sił przekręciłam się, podcinając przeciwnika. Upadł, a ja niestety nie zdążyłam, nie dałam rady odsunąć się jeszcze dalej, tym czasem miecz spadał wprost na moją szyję. Świadoma swego końca zacisnęłam powieki. I zaciskałam je dalej... Cały czas... minęło już dobre kilka sekund, miecz jednak nie ugodził mnie. Prawdę mówiąc w ogóle nie upadł... Ktoś zdążył go pochwycić, nie miałam jednak pojęcia, kto. Te kilka sekund wystarczyło, by znów rozegrała się wielka bitwa, wszystko działo się w takim tempie, że nie miałam szans dowiedzieć się, kto uratował moje życie...



Jedi
Kostki, hmmm? Przynajmniej ino nie bedzie nad rańcem problemu czym nakarmić watahę. Sukinsyny żrą więcej, niż mój dziad. Jeno walczą też lepiej. 
Dziewka, przynajmniej nie nawaliła. Wygadana jako elf. Zaś rację miałem od początku! Jam na Thoringa wiedział! Jam od początku wiedział, że jak przyjdzie co do czego, to się skubana wykopyrtnie na ziemie. Nic to, dłuug żem miał, musiałem biec jej pomóc. Cholpika jeno, przez zawieruche topora zostawiłem.
Czerwony podszedł do elfki, krzyżując dłonie. Możem prosty chłop. Jednak z elfiakami pół wieku piłem i po mordach też im przyszło mi dać. Obsrańce nauczyły mnie poniekąd troszki. Ten krwisty zakonnik, kreślił znak kontroli psia mać umysłu! Magia której nauczyć nie ma bata. Trzeba sie z nio urodzić. A dosłowniej PONOWNIE urodzić.
Skoczyłem do przodu. Ledwież złapałem bydlaka za gardło, nim zatopił te bielskie szczeny w Carli. Zamachnąłem się, niby wybić te wampirzyskie kły. Niestetyż, szybki był. Wyrwał się i popędził w stronę nietoperza, który jak na złość ze zmęczenia stracił już swe śmieszne skrzydełka...

Alrune
Szlag by to. Obudziłam się z nożem na gardle. Za mocno spałam, za dużo energii zużyłam. Ha, zabawne, że nasz przewspaniały nekroś też się dał podejść. Ha ha ha. Postanowiłam, że poczekam jeszcze moment, a później użyje Mocy na tych kościotrupach. 
- Miło, że ktoś też spał jak zabity. Szkoda, że nie naprawdę. - wymruczałam pod nosem. Tak, żywy nekromanta to zły nekromanta. Ale teraz do rzeczy. Skup się. Poczułam pulsowanie skroni. Tak, byłam zmęczona, ale mogę użyć jeszcze Mocy. Nogi kościaka otoczyły jakieś pędy. Brawo Carla. Wyrzuciłam na swojego "oprawcę" słup Mocy. Odrzuciłam go w tył i spojrzałam na Elthira, którego nadal kostek trzymał na nożu. - Może pomóc? - spytałam uprzejmie.



Elthir
-Nie dziękuję. - Złapałem nogę kościeja i zacząłem zabawę. - To potrwa tylko chwilę. - szepnąłem.
No i rzeczywiście tak było. Krasnolud jak głupi zaszarżował do przodu, znowu będę musiał go ratować. Nie ma to jak współpraca, ale już po chwili, nieumarły padł przede mną, klękając jak wierny rycerz. System jakim był ożywiony... To przypominało wiązadło wielu pomniejszych układów, jakby składał się... Dokładnie tak! Ten szkielet, swoje rozmiary i zdolności bojowe zawdzięczał temu, że był przywrócony ze szczątków różnych gatunków. Jednak ta magia... Zdawała się inna, niż ta z której sam korzystałem, jakby szkielety same z siebie ożyły. Alrune zatkało, ale chyba nie podejrzewała mnie o to, że umiem przejmować kontrolę nad truposzami. Kościej rzucił się na swoich niedawnych braci i dał mi chwilę na wstanie. Oczy chciały wylecieć z moich orbit, jak zobaczyłem tego maga. Wyglądał identycznie jak ten z mojego snu. Wyjąłem swój sztylet i skoczyłem do przodu, zaraz za krasnoluda. Jeszcze nie dane mi było wypocząć, a już mnie wiązali do walki, chyba zostawię sobie tego nieumarłego, przyda się do niesienia mnie, gdy będę sobie drzemał.

Rhyayax
W ruinach trwała walka, z ubraną na czerwono postacią i hordą szkieletów. 
Nikt, nigdy nie widział takiej ilości nieumarłych w jednym miejscu...
Poza nami.
Ilość szkieletów wydawała się nieograniczona, ciągle napływały do ruin. tylko po to, aby dołączyć do walki.
A wszystkim zdawała się kierować tamta tajemnicza postać. Nie wiem kim była, ale jej widok przyprawiał mnie o dreszcze, było w niej coś złowieszczego.
I po chwili dowiedziałem się co.
W jednej chwili postać "rozpłynęła" się w "mgłę" i oplotła kilka najbliższych szkieletów. Ich kości, zaczęły powoli tworzyć ogromne monstrum, które było chyba największą kreaturą, jaką kiedykolwiek widziałem.
Wiem, że się znowu powtarzam, ale brak mi słów aby powiedzieć coś innego.
Mamy przerąbane.
Potwór ruszył do ataku...
05-28-2012, 21:16
Post: #3

RE: Gra
No to gry ciąg dalszy! Big Grin

"Jestem swoim największym wrogiem..."
Znajdź wszystkie posty użytkownika
05-28-2012, 21:39
Post: #4

RE: Gra
Co za popierdolony świat! A odpocząć to niby kiedy mamy! - warczałam w myślach, bardzo niezadowolona. Niby lubiłam walczyć, ale bez przesady, przydałoby się porządnie napić i odpocząć!
Gdy ja marudziłam w myślach niczym stary krasnolud, potwór zbliżał się do nekrosia, całkowicie pogrążonego w transie.
- Elthir, nie śpimy! Ruszże ten gnijący zadek! - wrzasnęłam. Wiedziałam, że zmęczona zachowuję się jak rozwydrzona, marudna księżniczka, ale w tej chwili nie miało to dla mnie znaczenia. Rozejrzałam się i zobaczyłam łuk, należący niegdyś do kostka. Podbiegłam i chwyciłam go uradowana. Były i strzały. A ja tak strasznie dawno nie miałam w ręku swej ukochanej broni...
Z rozmarzeniem wycelowałam prosto w oko potwora. Niewątpliwie nie zabije go to, ale osłabi i zdezorientuje. Strzeliłam. Dobrze. Strzała utknęła w pustym już oczodole. Potwór zdezorientował się, zaczął kręcić głową, a strzała głośno obijała się o jego kości. Grzechot był donośny, wystarczająco, by Nekroś wreszcie oprzytomniał. W samą porę, bo monstrum było już zaledwie kilka kroków od niego... Trzymało długą kość udową i wymachiwało nie na wszystkie strony, niczym mieczem.
Tym czasem Dorin dorwał swoją, siekierkę i z morderczą satysfakcją odrąbał stworowi jedną z nóg, na wysokości kolana... W tym momencie do walki wtrącił się wilk Alri, rzucił się i chwycił za broń szkieletu. Alrun wyglądała na niezadowoloną, nie zamierzałam jednak wnikać, czy to z jej woli Mor zaatakował...
05-28-2012, 21:48
Post: #5

RE: Gra
Musiałem zatracić się w przejmowaniu tego kościeja, bo obudziłem się słysząc wrzask maga. Samotna strzała sterczała w jego oku, ale już po chwili legła na ziemi. Mój wierny żołnierz ruszył do walki, zwinnie wymijając szarżującego wilka. Elfka była wyraźnie wściekła, że nie może odpocząć. Krasnolud, mimo niedawno odniesionych ran, walczył, jakby ich w ogóle nie otrzymał. Alrune kręciła głową, patrząc na mnie z zażenowaniem, jakbym był kimś złym. Wampir nie pozostał bierny i w chwili, w której stracił nogę, cisnął skałą w elfkę. Dostała w nogę, zwalając się na ziemię, jak świeżo ścięte drzewo. Shaikankę zatrzymał na krótką chwilę jakiś szkielet, a mag w tym czasie, przyczepił sobie odciętą kończynę, jakby wcale jej nie stracił. Chyba musiałem użyć kilku moich specyfików, na czarną godzinę. Stężony kwas solny, czy jak ktoś woli, chlorowodorowy, miałem w średnich rozmiarów słoju, zawieszonym na pasie, który przechodził przez moją koszulę, na wskroś ciała. Cisnąłem nią w stronę maga, który właśnie posłał kolejną kulę ognia, wprost w Mora. Szkło pękło na twarzy wampira, oślepiając go, ale nie cieszyłem się, bo słyszałem donośne popiskiwanie jakiegoś wilka...
05-28-2012, 21:57
Post: #6

RE: Gra
Chędożyć tego zdechlaka! Noge mu odbrąbałem, to se obsrany jo przyłożył, niby jakiś plugawiec! Niech sie z nim zatańcuje specjalista od żywych inaczej. Mi pozostało zadanie szlachetniejsze, niżyś uganianie sie za chrzanionymi wampirzyskami. Wielki ino drzewiec, lazł na nas kościowy tuman. Chwyciłżem siekierę i wydudnił w piszczel bestyji, ino kość mu pizdnęła, a samo kościane gadzicho poleciało na to smoczo dziewke. Żem sie zastanawiał czy to pannica, bo jak na moj gust, to przeżyła ona moich prastryjów...
05-28-2012, 22:10
Post: #7

RE: Gra
Mor. Poczułam przeraźliwy ból jakbym była palona żywcem. Rozumienie. Czułam to co czuł Mor, widziałam jego oczami i byłam jakby w nim. Teraz paliła się jego skóra, więc i ja to odczuwałam. Boli, straszny ból. Powoli, stawiając chwiejne kroki szłam do Mora.
- Mor. - powiedziałam cicho, klękając obok. Muszę, muszę tego użyć. Nie mam wyboru. Nie jestem z nim związana krwią, ale nasza więź jest o wiele silniejsza. - Asha, mere. Ma el maethor, Ur linla Shar, Alrune y Mor. - szepnęłam. Poczułam szarpnięcie, serce przyspieszyło. Czułam jakby miało zaraz rozerwać mnie na strzępy. Takiego bólu nigdy nie czułam do tej pory. Po chwili zaczęłam cicho dyszeć z wysiłku. Popatrzyłam na Mora. "Już mi lepiej. Nie czuję bólu." - powiedział z uśmiechem. - Jesteśmy przecież stadem, prawda? - powiedziałam, wstając powoli. Krew Życia - nigdy nie używałam tego zaklęcia, ale teraz musiałam. Nie wiem ile wytrzymam, ale nie dam się teraz zabić. Nie i koniec. "Ruszajmy Mor." Zaczęłam powoli iść, wyciągając przy tym miecz i chwytając go pewnie w dwie dłonie. Stanęłam. Kościotrupy jeszcze żyły. Wyskoczyłam w górę i spadłam na jednego, wbijając my miecz w pierś, a raczej miedzy żebra, i rozrywając go. Odskakując, wykonałam zaklęcie Kuli ognia, które spaliło szczątki. Nie wiem w jaki sposób udało mi się nie zabić przy lądowaniu, ale żyłam. O dziwo nawet nic sobie nie połamałam. Oparłam się o rękojeść miecza i patrzyłam na innych. Oby tylko nikt nie był za bardzo ranny, bo nie dam rady. Nagle poczułam, że zaczynam odpływać. Obraz zamazywał się. Co do jasnej cholery się dzieje?

[Obrazek: nikaq.jpg]

Wir wollen dass ihr uns vertraut
Wir wollen dass ihr uns alles glaubt
Wir wollen eure Hände sehen
Wir wollen in Beifall untergehen
Znajdź wszystkie posty użytkownika
05-28-2012, 22:25
Post: #8

RE: Gra
Nie wiedziałem co się dzieje, wokół unosiły się odgłosy walki, a ja leżałem jak sparaliżowany. Wokół mnie panoszyły się szkielety walczące z moimi towarzyszami.
Nagle odskoczyłem, gdy jeden ze szkieletów mało się o mnie nie potknął...
I rąbnąłem głową w mury ruin.
Bolało jak cholera, ale nie to mnie zajęło.
Cały kamienny blok zaczął świecić się na jasno-pomarańczowy kolor.
Nie wiem co zrobiłem, cofnąłem się na czworaka do tyłu, ale gdy dotknąłem kolejnego bloku, ten także zaczął się jarzyć blado-pomarańczowym światłem.
Poczułem czyiś wzrok na swoim karku.
– Coś ty zrobił?! – krzyknęło coś do mnie, tyle, że prosto w mojej głowie.
Chwilę później znikła mgła, którą była czerwona postać.
– Jeszcze do was wrócę. – Usłyszeliśmy.
– O ile przeżyjecie.
Otrząsnąłem się z szoku i zacząłem biec w stronę przeciwną od armii orków, sam nie wiem dlaczego, ale coś kazało mi tak zrobić.
Do dzisiaj nie wiem, co ja wtedy zrobiłem...

"Jestem swoim największym wrogiem..."
Znajdź wszystkie posty użytkownika
05-28-2012, 22:32
Post: #9

RE: Gra
- Coś ty zrobił?! - wymamrotałam. Glaz nadal przygniatał moją nogę, był tak wielki, że nie mogłam go zrzucić. Bol zaczynał odbierać mi świadomość, byliśmy w trakcie ciężkiej walki, a ja słabłam... Będą mieli jajeczni ubaw ze słabej elfki w kiecce... - pomyślałam jeszcze, a po chwili głowa sama mi opadła.
05-28-2012, 22:42
Post: #10

RE: Gra
Stałem jak osłupiały, ale nie ze względu na to, jakie wzory wykwitły w grocie. Nie mam pojęcia, co to był za dialekt, ale na pewno go nie znałem. Przejawiał się podobieństwem do elfiego i ludzkiego pisma, z domieszką gadziego, ale nie mam pojęcia co znaczył. Gdy mag miał zdzielić mnie lodowym mieczem, zniknął w oparach mgły. Jednak nie odszedł, nie pozostawiając czegoś po sobie. Miejsce, w którym spoczęły jego szaty, zajmowało coś małego. Przyklęknąłem w chwili, w której rozpadły się szkielety, widocznie magia tego maga przestała działać. Odwinąłem fałdy czerwonej szaty i w tej chwili złapała mnie za palec mała, pulchna, popielata rączka, małego dziecka, o wielkich i głębokich oczach, przepełnionych zielenią. Dziecko uśmiechnęło się do mnie, wyciągając dłonie w stronę moich rąk. Zawinąłem bobasa w szaty maga i wziąłem na ręce. Dzieciak ucieszył się, ukazując szereg kłów i siekaczy. Obróciłem się do towarzyszy, chyba bardziej oszołomionych ode mnie.
- Słuchajcie... Chyba mi nie uwierzycie, ale właśnie byliście świadkami reinkarnacji niekompletnej, czyli odradzasz się, ale bez wspomnień i umiejętności...
Wątek zamknięty 


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości