Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl

Wątek zamknięty 
 
Ocena wątku:
  • 0 Głosów - 0 Średnio
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Gra
06-25-2012, 19:50
Post: #121

RE: Gra
(Oczami Artemisa)

O wieczności, w co ja się wpakowałem?! Czy naprawdę jestem aż takim idiotą, by twierdzić, że zapanuję nad sobą, mając świadomość jej bliskości? Wiedząc, że jest całkowicie rozebrana? – rozmyślałem tak, uparcie walcząc by się nie odwrócić. Oczami wyobraźni wciąż widziałem jej idealne, nagie ciało… I ten jej zaskakujący charakterek… Pewnie karą za podglądnie jej była kastracja. Jednak… warto zaryzykować. Jednak znacznie bardziej bałem się jej gniewu. Ze mną może zrobić wszystko, jednak nie przetrwałbym, gdyby obrażona całkowicie urwała naszą znajomość… Jednak… Tak bardzo pragnąłem ją zobaczyć… choć przez sekundę… Nie mogłem usiedzieć, wciąż czułem tą przyjemną siłę, która mnie wypełniała. Jednak ona chciała odwrócić mój wzrok. Walka była bolesna… Czułem, że bardzo ciężko będzie dotrzymać danego jej słowa…
- Artemis, uważaj! – krzyknęła nagle. Poderwałem się, gotów odgonić od niej wszelkie niebezpieczeństwo. Szybko dostrzegłem biegnących w naszą stronę żołnierzy. Od razu pojąłem, że wiadomość o moim istnieniu dotarła już do cudnego króla Alrune. Byłem wściekły. Z mojego powodu Carla mogła znaleźć się w niebezpieczeństwie!

W ich oczach było żądzę krwi. Chcieli mnie pojmać, wiedziałem, że nic dobrego nie wyniknie, wszelkie dyskusje nie miały szans. Strzała, która tuż po krzyku Carli wbiła się w pień drzewa, o które byłem opary, tylko potwierdziła mnie w tym przekonaniu… Musiałem więc działać szybko, zanim ucierpi choć jeden cudowny włos elfki. Przemieniłem się i zaatakowałem. Strzała któregoś z żołnierzy trafiła między moje łuski. Nie było to przyjemne, ale kwalifikowało się jako niewielkie draśnięcie, czego już po chwili nie mógł o sobie powiedzieć żaden z moich przeciwników. Pokonałem ich dość szybko… ich zbroje tak szybko się nagrzewając… jedno chuchnięcie i cali poparzeni skoczyli do wody. Dwóch z nich zginęło natychmiast, pod wpływem szoku. Jeden nie przeżył ciosu ogonem, następny… można by powiedzieć, że stracił dla mnie głowę… Eh, te ludzkie głowy tak łatwo odrywają się od tułowi!

Minęło zaledwie kilka chwil, jednak czułem panikę ogarniającą moje serce. Nigdzie na powierzchni wody nie widziałem Carli, do tego pozbyłem się tylko czterech z pięciu napastników… - - - Gdzie do cholery podział się piąty?! – panikowałem.
- Art.! Wszystko w porządku? – dobiegł mnie najpiękniejszy spośród dźwięków. Odwróciłem się tam, skąd napłynęło pytanie. Już chwilkę później stałem oniemiały. Dziewczyna podpierała niedbale nogę o truchło piątego wojownika. Leżał martwy, przebity mieczem. Jednak to nie to wywołało mój stan. Jej ciało… delikatna skóra o prawie mlecznej karnacji, burza mokrych, potarganych włosów i ta sylwetka…
- Cholera, trafili cię! – wymamrotała. Wyglądała na szczerze zmartwioną. Podeszła do mnie i spojrzała na kawał drewna tkwiący w moim ramieniu.
- To nic takiego, spokojnie… - odparłem. Jak słodka była, gdy jakoś udało się ją zaskoczyć… Mimo, że rozmawiałem już w tej postaci, widać możliwość ta nadal ją ciekawiła.
- Poczekaj chwilę z przemianą, najpierw usunę strzałę. – zarządziła. Odskoczyłem nieznacznie. Mówiąc szczerze, przerażała mnie ta możliwość. Bałem się, że dopuszczę do siebie zbyt dużo nadziei, może nawet pomyślę, że ona również coś do mnie czuje…
- No nie wierzę. Boisz się? Obiecuję, że nie będzie zbytnio bolało… - mruknęła z łagodnym uśmiechem na ustach. Tak, ustach. Przecież wcale nie miałem problemu ze skupieniem się na jej twarzy, mając możliwość oglądania jej w negliżu… - próbowałem oszukać samego siebie.
- Carla, nie przejmuj się. To dla mnie tylko większa drzazga. Poradzę sobie z nią, nie musisz się brudzić…
- Oh nie jęcz tyle, tylko tu wróć. Już! Nie zamierzam cię gonić!
- Dobrze, już dobrze… - posłusznie podszedłem do niej. Znów walczyłem z opadającym wzrokiem.
- Przeszkadza ci moja nagość? Wybacz, nie zdążyłam ubrać się po kąpieli… - tłumaczyła się, jakby był to dla mnie nieprzyjemny widok. Parsknąłem śmiechem
- Przeszkadza, aczkolwiek całkowicie nie mam nic przeciwko niej… - mruknąłem, pozwalając sobie zmierzyć ją wzrokiem. – Wręcz przeciwnie… miło jest móc popatrzeć na coś tak szalenie doskonałego…
- Art… - jęknęła, całkiem się rumieniąc.
- Słucham? – nie odpowiedziała. Akurat usunęła strzałę z mojego ramienia. Nie udało mi się powstrzymać lekkiego grymasu, który nie umknął jej uwadze.
- Bolało? – zmartwiła się. Całkiem nie potrzebnie. Szybko się przemieniłem, nie chciałam, by tak się męczyła dosięgając mojego ramienia.
- Troszkę… - odparłem szczerze. Zrobiła coś, czym bardzo mnie zaskoczyła. Pocałowała ranę.
- Czy teraz lepiej? - spytała niewinnie, gdy ja próbowałem stłumić narastające we mnie płomienie. Ten jej mały gest całkowicie zrujnował mur mojej samokontroli…
- Dużo… - wydyszałem, całkiem płonąc. Byłem wściekły. Co, jeżeli zauważy mój stan, przestraszy się, lub mnie wyśmieje?
- Czym się tak denerwujesz? – szepnęła, opuszkami palców gładząc moją skroń. Za wiele. To było za wiele…

Nim zdążyłem opanować swoje ciało, już trzymałem ją w ramionach i całowałem namiętnie. Co dziwniejsze, ona w pełni odwzajemniała moją pieszczotę. Co więcej, chwytając delikatnie mój kark, stanowczo przyciągała mnie jeszcze bliżej. Moje nieposłuszne ręce błądziły po jej gładkim, idealnie wyrzeźbionym ciele, teraz tak rozkosznie nagim… Okazało się, że wszystkie moje lęki były zbędne. Nie była przerażona, a kompletnie roznamiętniona. Jakby od samego początku czuła to samo, co ja. Jakby teraz, podobnie do mnie, nie potrafiła i nie chciała panować nad swoim ciałem. Jakby mnie pragnęła…

Minęła zaledwie chwila, a już oboje leżeliśmy na trawiastym brzegu, całkowicie nadzy. Nasze usta mknęły w namiętnym pojedynku, dłonie natomiast badały… Czułem jej delikatne, zgrabne rączki na całym sobie. Dotykała mnie, głaskała, pieściła, a ja nie pozostawałem jej dłużny. Gdy rękoma odnalazłem jej krągłe pośladki, mocno je złapałem. Jęknęła cicho.
- Zabolało? – spytałem zlękniony, momentalnie odsuwając dłonie.
- Nie… Ani trochę… Proszę, nie przestawaj… - jęknęła mi do ucha, lekko je podgryzając. Całym moje ciało przeszedł dreszcz.
- Czy ty wiesz, co robisz, księżniczko… Drażnisz i prowokujesz smoka… - warknąłem cicho, przewracając nas i przygniatając ją do ziemi. Znów przykleiłem się do jej słodkich ust. Ona natomiast, kładąc ręce na moich łopatkach, pociągnęła mnie jeszcze bliżej… Wykręciłem głowę, musiałem zionąć, w innym przypadku zagrażałbym Carli. Zdawało mi się, że nawet tego nie zauważyła. Gdy uwolniłem jej wargi, te powędrowały po mojej szyi, aż do obojczyka. Moje dłonie niebezpiecznie zaczęły się zbliżać do jej podbrzusza
- Chcesz tego? – szepnąłem. Wolałem się upewnić, że w żaden sposób jej nie krzywdziłem. Nie zniósłbym tego.
- Nawet nie wyobrażasz sobie, jak bardzo… Gdy pierwszy raz cię zobaczyłam… zahipnotyzowałeś mnie… - mruknęła, co rusz drażnią moje ucho. Nie musiałem już o nic więcej pytać, delikatnie zanurzyłem palec w jej mokrym wnętrzu. Cały czas mając ją tak blisko siebie, od razu zauważyłam, że jej oddech przyspieszył. Pospiesznie odnalazłem jej usta, jednocześnie wyginając palcem. Czułem jak wiła się pode mną. Gładząc mój tors i brzuch, jej dłoń dotarła do celu. Zaczęła delikatnie zaciskać i poruszać się na moim członku. Ta przyjemność… była nie do opisania… Nie był to mój pierwszy raz, teraz jednak zrozumiałem, że i ona była obeznana. Nie mogłem jednak powiedzieć, bym był tym zawiedziony lub zdziwiony. Jakże bym mógł, gdy dawała mi tyle przyjemności?

Trwało to już dobre kilkanaście minut… Moje palce tonęły w niej, sprawiając, że co chwilę cicho jęczała. Ten odgłos plus stanowcze ruchy jej dłoni sprawiały, że ogień buzował we mnie jak oszalały.

Nagle, z kocią zwinnością wyswobodziła się spode mnie. Obróciłem się, co też natychmiast wykorzystała. Dosiadła mnie okrakiem i pozwoliła, bym powoli zanurzył się w jej wilgotnym wnętrzu. Zaczęła rytmicznie podnosić się i opadać, wciąż cichutko pojękując. Jej piersi tak cudnie skakały mi przed oczami, po chwili moje dłonie zamknęły się na dwóch, kształtnych półkulach.

Gdy wreszcie, po wielogodzinnych igraszkach nasyciliśmy się sobą, złączeni w miłosnej pozycji, świadomi bliskości świtu, usnęliśmy.

Zbudziłem się pierwszy. Słońce było już dość wysoko na niebie, spędziliśmy tu więc całą noc i jeszcze pół dnia. Byłem zachwycony. Miałem już pewność, że między mną i Carlą naprawdę zaiskrzyło, cieszyłem się niezmiernie, że nie było to jednostronne, choć bardzo silne uczucie. Teraz jednak delikatnie wykręciłem się z jej uścisku. Podniosłem swoją koszulę i okryłem jej nagość. Nie chciałem, by ktokolwiek mógł zobaczyć jej piękno w całej okazałości. Podszedłem do brzegu, umyłem się i napiłem. Popatrzyłem co też znajduję się w pobliżu. Ku mojej radości, dostrzegłem sporą ilość krzaków z malinami. Zebrałem je, mając nadzieję, że takie śniadanie przypadnie do gustu mej ukochanej. Gdy ponownie spojrzałem w jej stronę, dostrzegłem że już nie śpi. Z lekkim uśmiechem obserwowała każdy mój krok. Podszedłem więc do niej.
- Witam, piękna… - mruknąłem – jak się spało?
- Bardzo… przytulnie. – odparła, cała rozpromieniona. Podniosła się i wpiła w moje usta.
- Dzień dobry – szepnęła czule
- Oj, zaczyna się bardzo dobrze… Co powiesz na małe śniadanko?
- Polowałeś? – spytała. W jej głosie wyczuć można było smutną nutkę.
- Można to tak nazwać… - odparłem ze śmiechem i podałem jej mnóstwo owoców. – Smacznego.
- Malinki! – rozpromieniła się. – dziękuję bardzo. – znów delikatnie pocałowała mój policzek. Rozmowa się ucięła, gdyż moja muza widocznie była bardzo wygłodniała po męczącej nocy. Zajadała owoce, wciąż delikatnie uśmiechnięta. Wreszcie ubrała się i trzymając się za dłonie ruszyliśmy w drogę powrotną. Oboje mieliśmy szczerą nadzieję, że Alrune i Elthir nie zdążyli zauważyć naszej nieobecności…
06-25-2012, 20:58
Post: #122

RE: Gra
Obudziłam się i przewróciłam na bok. Poczułam, że jestem sama. Podniosłam się szybko. Elthira nie było obok. Nagle napłynęły mi do oczu łzy. Czyli mnie oszukał? Tak zwyczajnie zostawił?
Wstałam i wzięłam do rąk ubranie. Drżałam. Poczułam, że po policzkach spływają mi łzy. Czułam się odrzucona. Przecież mi obiecał. Wyszłam z pokoju. Karczmarz popatrzył na mnie zaniepokojony. Fakt, wyglądałam źle: potargane włosy, oczy załzawione i patrzące pusto. Wyszłam na zewnątrz. Mor od razu do mnie podbiegł. "Alrune! - krzyknął w myślach i zaczął się łasić. Głaskałam go i płakałam. - Dlaczego płaczesz?" "Zostawił nas. - powiedziałam żałośnie. - Zostawił, a obiecał być." Mor przekrzywił głowę i spojrzał na mnie. "Ale on siedzi nad strumieniem. Nigdzie nie poszedł." Nie poszedł? "Jak to?" Nie rozumiałam już nic. Mor zaczął biec przede mną i pokazał mi drogę. Cicho stanęłam za krzewami i obserwowałam Elthira. Podziwiał gwiazdy i coś rzeźbił. Nie chciałam mu przerywać. Oparłam się plecami o pień drzewa i usiadłam, głaszcząc Mora, który przytulił się do mnie. Nawet nie wiem kiedy usnęłam. Poczułam, że ktoś dotyka moją twarz. Otworzyłam powoli oczy.
- Lepiej żebyś spała w pokoju niż na zewnątrz. - uśmiechnęłam się szeroko. Nagle łzy stanęły mi w oczach. - Dlaczego płaczesz? - spytał kiedy pierwsza łza spłynęła po moim policzku.
- Myślałam, że mnie zostawiłeś. - zaczęłam ocierać oczy dłońmi. Nie mogłam ich powstrzymać, płynęły same. - Bałam się.

[Obrazek: nikaq.jpg]

Wir wollen dass ihr uns vertraut
Wir wollen dass ihr uns alles glaubt
Wir wollen eure Hände sehen
Wir wollen in Beifall untergehen
Znajdź wszystkie posty użytkownika
06-25-2012, 22:02
Post: #123

RE: Gra
Tak, te gwiazdy są na prawdę piękne. Takie odległe, a zarazem takie bliskie. Tak, a księżyc, niczym pasterz, obserwujący swoje stado. Strumień spokojnie szemrał, aż zanurzyłem w nim bose stopy. Woda delikatnie je obmyła, a ja za mocno uderzyłem w kawałek drewna i prawie skończona fletnia przepołowiła się na dwoje. Spojrzałem smutno na zmarnowane drewno, po czym ułożyłem je obok. Cóż, wstałem i przeszedłem się strumieniem, delikatnie przeczesując wyjątkowo wysoką trawę. Nagle, usłyszałem stłumiony śmiech. Dochodził z oddali, ale znałem ten głos. Ktoś taplał się w wodzie, a po chwili, zauważyłem Carlę i Artemisa. Oboje byli nadzy i wtuleni w siebie. Więc jednak, cóż, widocznie wiosna sprzyja rozkwitowi uczuc, szkoda, że ja już obumarłem na starcie. Schowałem się na lądzie, obserwując kilka łusek na lędźwiach Artemisa. Więc jednak da się rozpoznac, kto jest smokiem, a kto tylko udaje. Cofnąłem się jeszcze kilka kroków, po czym wdepnąłem w rozszarpaną łanię. Eh, ale mam brudną stopę. Jednak po chwili wpadł mi do głowy pomysł. Kościany instrument, tak, to jest to! Szybko wyrwałem jej żebra, całą dziesiątkę i wróciłem do skały. Szybkie cięcia i równania dały idealny kształt. Natomiast cienkie ostrze sztyletu, wykonało idealne dziurki. Teraz, wystarczyło to tylko przetestowac. Ciekawe, czy nie wyszedłem z wprawy. Zagrałem kilka nut dla powtórzenia, po czym zacząłem grac. Tak, tą melodię przepełniał duch stworzenia. Pęd wiatru, wolnośc na łonach natury, podniecenie pościgu, tak, to wszystko tu było. Nagle, usłyszałem ciche wycie. Obróciłem się i zobaczyłem, jak Alurne leży przy Morze, który wywalił jęzor na moją reakcję. Zeskoczyłem do wody i podszedłem do mej anielicy, chowając za pasem oba instrumenty.
- Lepiej żebyś spała w pokoju niż na zewnątrz. - Powiedziałem, dotykając jej twarzy i głaszcząc po włosach. - Dlaczego płaczesz?
- Myślałam, że mnie zostawiłeś. - Łzy spływały jak kaskada, chyba mogłem zostawic jej jakiś list... - Bałam się.
-Ależ niepotrzebnie, przecież obiecałem, a ja dotrzymuję obietnic, poza tym, czemu miałbym opuścic taki skarb? - Spojrzała w gwiazdy, wzdychając co chwilę. Wziąłem ją na ręce i ruszyłem przed siebie. Nawet nie zauważyłem, kiedy doszliśmy do karczmy, która była już pusta. Jedynie kilku najemników siedziało na dole.
Wniosłem ją przez próg, po czym pokonaliśmy schody. Położyłem ją delikatnie na łóżku, jak szklaną różyczkę, po czym płatkami tego samego kwiatu, gładziłem jej tors, przejeżdżając po każdym kawałku odkrytej skóry.
- Cieszę się, że jesteś. - Uśmiechnęła się, po czym złapała mnie za kark.
- Będę tak długo, jak długo zechcesz. - Pochyliłem się nad nią, po czym splątałem w miłosnym uścisku i pocałunku. Turlaliśmy się po łóżku, raz ona była na górze, raz ja. Może jestem samolubny, ale znowu chciałem poczuc, że żyję.
Nagle, nasze miłosne rubaszki przerwał karczmarz. Już zdążyłem zdjąc koszulę i pogładzic różą jej piersi. Delikatne fale, pośród spokojnego morza.
- Czego? Mówiłem, żeby nie przeszkadzac! - Zmartwił się i zaczął jąkac, co za typ, nie dośc, że przeszkadza w takim momencie, to jeszcze nie może się wysłowic. - Gadajże. - dodałem spokojnym tonem
- T-tak, sz-sza-a-anowni państwo. - Spocił się, a smród już zdążył doleciec do mojego delikatnego nosa. - Dymitry Iwanow, poseł, jego królewskiej mości, przybył.
- Alurne! Masz natychmiast wracac do stolicy! - Co za typ, zero kultury. Zresztą, małe to, wąsate i głos miał tak piskliwy, jakby kastrat. Do tego ubrany w zółto-fioletowy strój. Miał przy sobie tylko mały toporek. - Jego królewska mośc Lothar von Drachentöter, oby nam panował jak najdłużej, chce cię widziec niezwlocznie!
- Przestaniesz się drzec, a zaczniesz zwracac się z szacunkiem do damy? - Chyba nie przejął się moim komentarzem. Alurne natomiast, zdążyła zarzucic swoją kurtkę.
-Powiedz, jaśniebłaznowi. - przypięła pas i lekko wychyliła miecz z pochwy, siadając na brzegu łóżka. - Właściwie przypomnij mu, że to dzięki mnie panuje i ma u mnie ogromny dług. - Dimitry poczerwieniał, a głos mu stężał, chyba ma w sobie ukryty potencjał, wielkości fistaszków i ogonka liścia. - Nie zamierzam wracac, przekaż to swojemu panu, wierny kundlu, ino chyżo, chyba, że chcesz miec nową fryzurę. - Facet cofał się za drzwi, cały czas bacznie ilustrując Alurne, po czym delikatnie zamknął je. Uśmiechnąłem się mimowolnie, więc jednak pójdzie ze mną do tego elfiego miasta. - Tak, wiec na czym stanęło?
06-26-2012, 14:08
Post: #124

RE: Gra
Jego dusza walczyła z moją.
Nie mam pojęcia, jakim sposobem nadal zachował taką moc, ale nie wystarczało jej na uwolnienie się.
Wydawało mi się, że walczyliśmy tak całą wieczność, nie miałem żadnego poczucia czasu.
A więc tak wygląda Pustka?
Nigdy żaden z moich braci nie ujawnił mi tego sekretu, mówili tylko, że sam się przekonam, gdy nadejdzie na mnie pora.
I teraz wiedziałem, że trafienie do tego miejsca było znacznie gorsze od śmierci.
Ale w pewnym sensie nią nie było.
Kolejna fala rozdzierającego bólu uderzyła w moją duszę. Przestałem walczyć z Shaikanem, zacząłem przeciwstawiać się cierpieniu.
Czułem że on także nie stawiał już oporu, że walczył z męką.
I nagle stało się coś nieoczekiwanego.
Kryształki lodu.
Chłód.
Zimno.
Coś było nie tak.
W ciemnościach ujrzałem jasny punkt, który teraz ciągnął duszę Shaikana do siebie.
Ktoś próbował pomóc mu uciec.
Ale nie ma tak łatwo, jestem jeszcze ja.
Chciałem właśnie znowu uwięzić Shaikana, gdy tajemnicza moc uderzyła w mą duszę.
Ból był gorszy od tego, jakim emanowała Pustka. Wręcz nie do zniesienia. Jeżeli można powiedzieć, że jest się o krok od śmierci, to ja właśnie byłem w takiej sytuacji.
Nie wiem skąd wydobyłem resztki moich sił, ale w ostatniej chwili pochwyciłem Shaikana mając nadzieję, że pomoże mi to w jakikolwiek sposób.
Skutek był oszałamiający, część cierpienia i magii przeszła także na niego.
Wyczułem, jak zaczyna stawiać mi opór, ale gdy tylko pozbyłem się części tego przeraźliwego bólu, zacząłem z nim walczyć.
Nie ucieknie, nie tym razem...



W ciemnościach słyszałem cichy śmiech...

"Jestem swoim największym wrogiem..."
Znajdź wszystkie posty użytkownika
06-26-2012, 19:28
Post: #125

RE: Gra
Wróciliśmy do pokoju i zaczęliśmy igraszki. Tak bardzo chciałam znów poczuć to. Czyżby to był egoizm? Nie raczej nie. Ja po prostu...
- Czego? Mówiłem, żeby nie przeszkadzać! - powiedział Elthir przerywając pieszczenie moich piersi różą. Po tonie głosu można było wywnioskować, że był zły. Nawet nie zauważyła, jak karczmarz wszedł do pokoju. Odwróciłam się na brzuch i usiadłam, zakrywając się kurtką.- Gadajże. - Nie ma kiedy przerywać.
- T-tak, sz-sza-a-anowni państwo. Dymitry Iwanow, poseł, jego królewskiej mości, przybył. - Przed mężczyznę wepchał się niski, wąsaty knypek w barwach króla. Miał tylko nędzny toporek czyli to znaczy, że jest dość niskiej rangi.
- Alurne! Masz natychmiast wracać do stolicy! - Co za cham. Zero kultury. "Alrune" do mnie mówią tylko wyżsi urzędnicy, dowódcy wojskowi i sam król. "Panno Alrune" albo "Alrune At'lin" powinien powiedzieć konus. Chociaż bardziej poprawnie powinno być "Alrune Luoriel", ale mniejsza. - Jego królewska mość Lothar von Drachentöter, oby nam panował jak najdłużej - W sumie nie przejęłabym się gdyby znowu nie tak długo panował. Jego bratanek miał większy potencjał i co najważniejsze: nie potępiał mieszańców i innych gatunków. - chce cię widzieć niezwłocznie!
- Przestaniesz się drzeć, a zaczniesz zwracać się z szacunkiem do damy? - powiedział zirytowany Elthir. W sumie to miałam ochotę zabić teraz tego wypierdka. Przerwał w takim momencie z tak głupiego powodu. Mam wracać? A co ja pies jestem? Niedoczekanie wasze. Zarzuciłam kurtkę na plecy i wzięłam do ręki miecz.
-Powiedz, jaśniebłaznowi. - wychyliłam delikatnie troszkę miecz. - Właściwie przypomnij mu, że to dzięki mnie panuje i ma u mnie ogromny dług. - Dimitry poczerwieniał. Tak, teraz pamiętam. Taki mały, pokraczny konus, co próbowała non stop wdać się w łaski króla. Hmm... kiedyś nawet próbował "podrzucić" jaśnie panu swoją córkę do łoża. Na szczęście mu się nie udało i dobrze, bo urodą nie grzeszyła, a raczej kraj nie chciałby mieć aż tak brzydkich następców. - Nie zamierzam wracać, przekaż to swojemu panu, wierny kundlu, ino chyżo, chyba, że chcesz mieć nową fryzurę. - Powoli zaczął się cofać, ciągle przyglądając mi się uważnie. Chyba właśnie zrujnowałam mu karierę. Trudno, takie życie. Nie każdy może zawsze być na szczycie. - Tak, wiec na czym stanęło? - zapytałam z figlarnym uśmiechem, przysuwając się do Elthira. Pogładził mój policzek i założył kosmyk za ucho. Pochyliłam się i delikatnie go pocałowałam. Przyciągnął mnie do siebie gwałtownie. Po chwili patrzył na mnie z góry, uśmiechając się szeroko. - Z czego się tak cieszysz? - spytałam zaczepnie.
- Wymienić w kolejności alfabetycznej wszystkie powody czy po prostu stwierdzić, że po prostu się cieszę? - zapytał zadziornie.
- Mówiłam już ci, że jesteś irytujący? - spytałam, przysuwając swoją twarz do jego i delikatnie muskając jego usta.
- Taki już mój urok. - Zaśmiałam się. Tak, kocham go i jestem tego pewna. - Cieszę się bo idziesz ze mną do miasta elfów. - uśmiechnął się. Przyciągnęłam go za skronie do siebie i zaczęłam całować, wplatając dłonie w jego włosy. - Cieszę się bo jesteś. - powiedział cicho do mojego ucha, muskając ustami płatek. Po chwili byliśmy kolejny raz tej nocy, a raczej w poranek po nocy, spleceni w miłosnym uścisku. W końcu wyczerpani ułożyliśmy się na łóżku. Wtuliłam się w bok Elthira.
- Anare no niki asa, dov naeke. Sarea, Elthir - wyszeptałam cicho. Spojrzał na mnie dziwnie: uradowany i zdziwiony. - Zapomniałam, że czasami zaczynam mówić w smoczym języku. Przepraszam. - powiedziałam usprawiedliwiając się.
- To w sumie piękny język. Zapewne mało osób go używa. - Zaśmiałam się. - A co to znaczyło? - spytał zaciekawiony.
- W wolnym tłumaczeniu coś w stylu "Nigdy cię nie opuszczę/nie zostawię, będę obok. Kocham cię, Elthirze". - zaśmiałam się. W sumie mam, zawsze miałam trudności z tłumaczeniem smoczego na wspólny. Jest to język tak subtelny, każda głoska ma swój ton, inaczej wypowiedziana znaczy coś innego.
- Sarea znaczy kochać, tak? - zaśmiałam się. - Dlaczego się śmiejesz?
- Wypowiadasz to za twardo. Jakbyś chciał zabić. Musisz mówić miękko. - patrzył na mnie zdziwiony. - Mamy czas. Kiedyś cię nauczę smoczego.
- Tak, mamy dużo czasu. - zaśmiał się. - Sarea Alrune. - próbował i w sumie wyszło mu nawet nieźle. - Chyba jednak na razie pozostanę przy wspólnej mowie.
- Ciekawe co u Carli i Artemisa? - powiedziałam, patrząc w sufit. - Czy wszystko u nich w porządku? Zupełnie o nich zapomniałam. - Elthir zaśmiał się.
- Zapewniam cię, że mają się doskonale. Nie musisz się martwić o kuzynka i przyjaciółkę. Zapewne za jakiś czas zaproszą ciebie, a może nas, na pępkowe jak tak dalej pójdzie. - zaśmiałam się smutno. Tak, więc teraz dopiero się zaczęło. - Coś nie tak? - Pokręciłam głową. Wszystko jest w porządku. Jak najlepszym.

[Obrazek: nikaq.jpg]

Wir wollen dass ihr uns vertraut
Wir wollen dass ihr uns alles glaubt
Wir wollen eure Hände sehen
Wir wollen in Beifall untergehen
Znajdź wszystkie posty użytkownika
06-26-2012, 21:03
Post: #126

RE: Gra
Wracaliśmy w ciszy, żadne z nas nie chciało teraz rozmawiać. Oboje rozpamiętywaliśmy to, co się wydarzyło. Byłam szczęśliwa. Bardzo szczęśliwa. Do czasu. Nagle przypomniałam sobie, że przecież pod opieką miałam Virdora. Zostawiłam go w prawdze pod opieką jednej z córek właściciela karczmy, bałam się jednak, że ta nie zajmie się nim dość dobrze, lub wampirek zgłodnieje i ugryzie ją.
- Virdor... - jęknęłam i ruszyłam biegiem. Gdy dotarłam zobaczyłam scenę mrożącą krew w żyłach. Mi! Zaprawiona w boju, przyzwyczajona do wielu okropności, a jednak w tej sekundzie moje serca zatrzymało się. Opancerzony żołnierz właśnie uderzył dziewczynie, która nie chciała oddać malca.
- Dziewko, aż tak jesteś głupia? Oddaj bachora i po kłopocie... - mruknął pochylając się nad oszołomioną dziewczyną, przestraszona wciskała się w kąt, lecz nadal tuliła do piersi Virdora.
- Hej! W czym problem, panowie? - zwróciłam się do piardka w królewskich barwach.
- Nie wtrącaj się, dziwko - warknął tylko. Sięgnęłam po miecz.
- Zważaj na słowa, karle. A teraz, dobrze radzę, zostaw tę kobietę i dzieciaka w spokoju
- Powiedziałem już, nie wtrącaj się... - odparł ze znudzeniem - to nie byle jakie dziecko. To wampir, niebezpieczne stworzenie.
- Wiem, czym jest Virdor. Natomiast wam nic do tego. Ostrzegam ostatni raz. Wycofajcie się, bo więcej nie będzie wam dane kłaniać się przed żadnym błaznem w koronie... - zagroziłam.
- No i widzisz, wieśniaro? Tylko napytałaś sobie biedy. Nie wolno obrażać jego królewskiej mości...
- Oh, zapamiętam. - Uśmiechnęłam się, po czym zaatakowałam. Już po kilku sekundach przebiłam się przez ochronę posła i trzymając miecz przy jego gardle kontynuowałam - A teraz grzecznie odwołaj swojego mięśniaka. Wszelkie inne słowa staną się twoimi ostatnimi.
- Nigdy! - wycharczał
- Szkoda. Będzie sporo sprzątania... - mruknęłam i jednym krótkim ruchem poderżnęłam mu gardło. Odepchnęłam od siebie jego truchło.
- A teraz odsuń się od... - zaczęłam mówić do olbrzyma sięgającego po malucha. Nie skończyłam jednak, gdyż przerwało mi donośne warknięcie. To Artemis w swej smoczej postaci wlazł, rozwalając drzwi i pół ściany. Jednym chuchnięciem sprawił, że zbroja mięsniaka rozgrzała się do czerwoności. Chwilę skakał i krzyczał, zaraz potem przestał. Białka w jego organizmie ścięły się. Peszek.

Tym czasem na schodach pojawili się Elthir i Alrune... Na szczęście, mały był już bezpieczny w moich objęciach.
06-26-2012, 21:46
Post: #127

RE: Gra
Gdy usłyszałem hałas na dole, wyszedłem najszybciej jak mogłem, ale zdążyłem jedynie na końcówkę. Cham leżał na ziemi, jeszcze przewracał gałkami ocznymi. Carla trzymała Virdora, pomagając jednocześnie wstac jakiejś dziewczynce. Karczmarz pojawił się znikąd, zasłaniając dziewczynę. W powietrzu czuc było spalone mięso i dym. Artemis zdążył zmienic się w humanoida znowu, jednak ślad na podłodze, upamiętnił, chociaż na chwilę, zwęglonego wojaka.
-Zabierzcie, zabierzcie mi się wszyscy z karczmy... Dorobek życia, przez was straciłem dorobek całego życia! - Carla obruszyła się, idąc w naszą stronę. Trudno się dziwic temu grubasowi. Stracił jedyny środek dochodu.
-Wybaczysz, ale sami tego chcieli, a to... - Spojrzała na dziurę w ścianie. - To tylko wypadek przy pracy. - Wzruszyła ramionami bezradnie, a Artemis zdawał sięzastanawiac, jak naprawic szkodę.
-Spokojnie. - Podszedłem do karczmarza, siląc się na uśmiech. - Przecież zapłacimy, nawet nie weźmiemy reszty. Trzymaj. - Z bólem serca oddałem mu srebrny miecz, na widok którego wyszczerzył oczy. - Wyjeżdżamy, a właśnie, wszyscy spakowani?
-Nawet się nie rozpakowaliśmy... - Artemis zdawał się nieobecny, zapatrzony w Carlę. Muszą mi użyczyc skorupek, po prostu muszą. Już widzę, te wielkie, twarde i grube jaja.
-Więc, możemy się zbierac. Weźmy trochę prowiantu. - Alurne zabrała karczmarza na stronę, dyktując mu listę tego, co potrzebujemy.
-Moje słodkie maleństwo, tęskniłeś za Elthirem? - Wziąłem małego od Elfki, która najwyraźniej nie była zadowolona. - No, spokojnie, przez najbliższy czas nie zamierzam cię opuscic. - To słodkie maleństwo, pierwszym z wampirów? Mówi się, że nieszczęścia chodzą parami, ale szczęście chodzi kwadratami. - Chcesz posłuchac muzyki? - Wszyscy spojrzeli na mnie, jakbym mówił o tańczeniu z kurami.
Delikatnie wyjąłem fletnię z kości. Elfkę przeszedł dreszcz, ale udała, że było jej chłodno. No w sumie... Po tych zabawach nad wodą. Zacząłem cicho grac, bujając małego do rytmu. Spokojnie patrzył na mnie, wielkimi oczami, a potem, popielatą dłonią złapał moje palce. Tak, jednak dziecko to prawdziwy skarb. Alurne skończyła listę, a po chwili karczmarz przyniósł zamówienie.
-Tak właściwie, to co tu się stało? - Carla spojrzała na trupy.
- Napastowali kobietę, w wiadomym celu, zasłużyli sobie. - Pokręciła nogą w ziemi, po czym odeszła kilka kroków, do tyłu. - Mój skarbie, weźmiecie z Elthirem rzeczy? Jesteś cudowny. - Nie dała szansy na odpowiedź smokowi, bo zakneblowała go ustami.
Złapała Alurne za rękę i pociągnęła w dal, daleko przed nas, na szlak. Nagle, wpadł mi do głowy pomysł.
-Karczmarzu! - Obrócił się do mnie, zmęczony ostatnimi wydarzeniami. - Masz tu może stajnie?
-Mom, a czego chcesz? Koni na sprzedaż nie mom! - Chyba miał nadzieję, że pójdziemy jak najszybciej
-Dobry człowieku, nie denerwuj mnie, bo moja tolerancja jest na granicy. - Facet zmiękł i lekko się zgarbił, dobrze, mam dośc tego, że ciągle mną ktoś pomiata. - Więc, masz stajnie?
-Tak panie.
-Elthir, co ty chcesz zrobic? - Artemis wyjrzał na kobiety, które coś żywo omawiały, śmiejąc się co chwilę i wyginając w różne pozy. - Wiesz co, ja chyba do nich pójdę, nie będę przecież tragarzem, do tego darmowym. - Usprawiedliwiał się, ale ja wiedziałem swoje.
Karczmarz zaprowadził mnie za swój przybytek, gdzie znalazłem to, czego szukałem. Pod stajnią z czterema pięknymi gniadoszami, stał sporych rozmiarów rydwan. Rzeźbiony na kształt pędzących fal, w kształcie koni. Owe ogiery, które pasły się sianem, szybko dopięliśmy do wozu, który mieścił dwie osoby. Podziękowałem spaślakowi, po czym wyjechałem na drogę. Carla i Alurne rozpromieniły się, na widok pojazdu i widma jazdy dalej. Podjechałem do nich, podając lejce Shaikance. Sam usiadłem na koniu prowadzącym, razem z bobasem.
-Więc, Carla... Jedziesz z nami? Wiesz dobrze, że na pewno nikt was nie odtrąci, w każdym razie nie natychmiast. Poza tym, to jest bardzo dobra miejscowośc, jedyny szlak na zachód, przez góry Yatta'hall. Więc, jakiekolwiek działania agresywne są nie do przyjęcia. - Mam nadzieję, że ją przekonałem. Alurne zdawała cenic sobie jej bliskośc, a może miała tam jakichś krewnych, o których nie wiedziała? - Więc?
-Ja... - Elfka spoglądała na Artemisa, który coś jej wyszeptał do ucha. - Zobaczymy, najwyżej odstąpię od was po drodze.
Alurne uśmiechnęła się i po chwili ruszyliśmy przed siebie, królewskim powozem. Jedynie Artemis biegł obok, twierdząc, że jest równie szybki jak koń, ale o wiele wytrzymalszy. Cóż, jeśli konie padną, on będzie ciągnął rydwan. Patrzyłem na małego i poiłem go ostatnim bukłaczkiem z krwią, który mi został. Tak, będzie z niego dobra osoba. Na pewno, mnie nie zawiedzie i coś osiągnie. Rozmarzyłem się o tej pamiętnej nocy z Alurne. Tak, każdy jej dotyk i działanie. Uśmiechałem się mimowolnie, jednak ciągle moje serce nie biło. Wyjąłem więc fletnię i zacząłem grac. Szlak był gładki i ubity, drzewa pędziły obok nas, a ptaki wtórowały mi własną muzyką. Nie widziałem kobiet, ale Artemis nie był krzywousty. Rzeczywiście, był równie szybki jak koń. Czemu ja się dziwię, przecież on jest smokiem! Pogłaskałem małego po główce, układając go wygodniej i bezpieczniej w, przyczepionej pasem do mnie, prowizorycznej kołysce z płaszcza. Słońce wzeszło, delikatnie pieszcząc nasze twarze, niczym ciepły strumyk lub aksamit.
06-27-2012, 18:44
Post: #128

RE: Gra
Rydwan. Też coś. Przez tyle lat powoziłam już wszystkim, ale nie takim czymś. Wolałabym jechać wierzchem, albo biec. To takie nudne. Stałam, trzymając lejce i powożąc. Nie powiem, ale droga była cudowna. Te widoki... wprost zapierały dech w piersiach.
- Więc... co z Artemisem? - spytałam, nie patrząc na Carle. - Widzę, że chyba wszystko dobrze się ułożyło. - Elfka dała mi kuksańca pod żebra. - Ja tylko żartuję.
- To sobie nie żartuj. To takie... takie troszkę krepujące. - powiedziała zarumieniona. Zaśmiałam się głośno. - Z czego się cieszysz?
- Bo to ja wczoraj zachowywałam się jak ty, jak nastolatka. Zresztą sama tak mi powiedziałaś. - spojrzałam katem oka na przyjaciółkę. - Czyli nie wróciliście na noc do karczmy? - Kolejny kuksaniec. - Dobra, rozumiem. Pogadamy jak ktoś nie będzie podsłuchiwał! - powiedziałam głośno. Oczywiście winny się obrócił i zaśmiał się. - Małemu chyba braknie krwi. Na następnym postoju mogę ją dla niego zebrać. Mor mówi, że pełno to różnej zwierzyny. - Carla dziwnie na mnie spojrzała. - Co?
- Mor mówi? Przecież nie jesteś Strażnikiem Natury, więc jak porozumiewasz się ze zwierzętami.
- Nie wszystkimi. - zamyśliłam się. - Tylko z Morem i wyczuwam ich emocje. Teraz na przykład konie są wystraszone, bo Virdor pachnie jak drapieżnik i na dodatek Mor biegnie obok. Staram się je uspokoić. - westchnęłam. - To nie jest magia taka jak u ciebie, Carla. To jest Rozumienie. - spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami. - Tak, to ta plugawa magia zniewolenia zwierząt. - powiedziałam z przekąsem.
- Cóż, mi się zdaję, że jest raczej przydatna. - powiedział Artemis biegnąc obok rydwanu. - Przynajmniej konie są spokojne i wiem czy w pobliżu jest coś i co do jedzenia, picia.
- To miłe, że tak mówisz. - zaśmiałam się. "Alrune, stado saren jest w pobliżu. Dobra krew dla małego." - Zatrzymajmy się tu na moment. Zróbmy postój. Jedziemy już tyle czasu, prawie pół dnia. - zatrzymaliśmy się. Rozłożyliśmy mały obóz. Konie Artemis puścił luzem, zaś Carla rozpaliła szybko ognisko i ugotowała zupę warzywną. Zjedliśmy wszyscy ze smakiem.
- Więc wy jesteście razem, tak? - spytał bez ogródek Elthir wskazując na smoka i elfkę. - Mam pytanie: mógłbym dostać skorupki do eksperymentów? - Mina Carli zabójcza, Artemis zniesmaczenie. Ja zaczęłam się śmiać. - Z czego się śmiejesz? Smocze skorupki są bardzo przydatne do niektórych eliksirów. - zaczęłam się śmiać jeszcze głośniej. patrzyli na mnie jak na dziwaka.
- Elthir. - otarłam łzy, które mi pociekły po policzkach. - Carla nie jest smokiem. Nici ze skorupek. - patrzył na mnie dziwnie. Rozejrzałam się po nich. - Shaikanie rodzą się żywi, nie w jajkach. - zatykałam sobie usta, bo niby taki mądry a nie pomyślał. Zbłaźnił się.

[Obrazek: nikaq.jpg]

Wir wollen dass ihr uns vertraut
Wir wollen dass ihr uns alles glaubt
Wir wollen eure Hände sehen
Wir wollen in Beifall untergehen
Znajdź wszystkie posty użytkownika
06-27-2012, 21:25
Post: #129

RE: Gra
- Przepraszam, ale czy możecie skończyć ten temat? Na razie nie planuję dzieci, jajek też nie. - dodałam drwiąco w stronę Elthira
- Czemu? - zdziwiła się Alri. Wydawała się też... zawiedziona? No fakt, na pewno ucieszyłaby się z powiększenia liczby swojej rasy...
- Nie wiem. Muszę się przejść. Wybaczycie?
- Jasne. Pójść z tobą? - spytali równocześnie Artemis i Alri
- Nie, dzięki. Jeśli pozwolicie, wolę pójść sama... - mruknęłam. Zrozumieli i pozwolili mi się oddalić.

Wyczuwałam strach. Jakieś zwierze w pobliży było zagrożone. To jakiś młody ork się znęcał. Nie dla jedzenia, a zabawy. Próbował podpalić ogon biednego jelonka. Do tego podpalił las! Ruszyłam pędem. Musiałam powstrzymać tego potwora.

Wreszcie dobiegłam. Sięgnęłam po luk. Jedna strzała! Została tylko jedna! Wiedziałam jednak, że nie chybię. Strzelę mu w oko, strzała dotrze do mózgu i padnie. Miałam tylko nadzieję, że nie było tu nikogo więcej, bo mój miecz został przy ognisku...

- Spokojnie, malutki... - szepnęłam uspokajająco do zwierzątka. Podeszłam rękami pełnymi ziemi ugasiłam koniuszek jego ogona. Wtulił się wdzięcznie. Zagwizdałam. Potrzebowałam pomocy wielu zwierząt, by ugasić ten pożar, zanim jeszcze zdąży się rozprzestrzenić.

Nagle coś zadźwięczało, nim zdążyłam się odwrócić, kolczasty łańcuszek uczepił się mojej szyi, powodując niesamowity ból. Pociągnęło mnie do tylu, tracąc dech upadłam. Słyszałam przerażający śmiech, jednak nie wiedziałam do kogo należał. Moje oczy zaszły mglą, w uszach świstał potężny wicher, a brak powietrza palił moje płuca równie skutecznie, jak płomień trawiący las...
06-27-2012, 21:51
Post: #130

RE: Gra
Szkoda, że nie będzie jaj... Taki dobry materiał na bazę alchemiczna, byłby niezastąpiony! Virdor bawił się małym jabłkiem, dojrzałym, ale wyjątkowo małym. Spoglądałem na resztę, na smutne oczy Alurne, gdy Carla poszła, na niewymowne cierpienie Artemisa, z tego samego powodu. Po części ich rozumiem. Jednak miłośc i przyjaźń, pozostają dla mnie wielką tajemnicą. Dorzuciłem drewna do ognia, dziwiło mnie to, że ta Elfka tak nie lubi krzywdzic przyrody, a rozpala ogień. To jakiś paradoks. Mor podniósł głowę i zawarczał. Po chwili zaczął szczekac i skoczył w las, pędząc i znikając nam z oczu. Alurne zrobiła zaskoczoną minę, po czym wzięła swoją broń i rzuciła się do przodu. Artemis pobiegł tuż za nią, bełkocząc coś o jakiejś więzi.
-Czy was do reszty... - Zniknęli mi z oczu. - No tak. - Rozłożyłem ręce, dlaczego wszyscy lecą na hura? - Nie ma to jak poryw chwili. No nic, wypadałoby za nimi iśc, żeby jakichś głupot nie odwalili. - Wstałem i wyrzuciłem ogryzek jabłka, które zniknęło w żołądku mego pierwszego wampira.
Ogólnie rzecz ujmując, nie zachowywał się jakoś bestialsko. Nie gryzł, słuchał poleceń i uśmiechał się. Tak, idealne dziecko, przynajmniej nie będzie chował się sam, niedługo dojdzie mu jeszcze, trójka rodzeństwa. Przedzierałem się przez las, unikając wszechobecnych jeżyn. Cholerne kolce, porozdzierają mi nogawki! Dziwne, nigdy nie widziałem, aby jakiekolwiek zwierzęta leśne uciekały, ignorując wszystko dookoła. Jakiś lis wpadł na drzewo, obracając się co chwilę. Niewiele zwierząt wzbudza taki lęk, ale Artemis chyba się nie przemienił. Nagle, usłyszałem potężny ryk, który dochodził z niedaleka. Pobiegłem dalszą częśc trasy, a po chwili, wyskakując z krzaków, poślizgnąłem się na truchle dwóch orków. Jeden miał strzałę w głowie, a właśnie na jego szyję wdepnąłem. Drugi natomiast, miał skręcony kark. Na polanie rozgrywała się bitwa. Artemis, w smoczej postaci, zmagał się z pięcioma jaszczurami mojej wielkości. Dwóch z nich, wskoczyło na jego plecy, z nadzieją, że przebiją jego twarde łuski. Jednak dwaj zwinniejsi, wślizgnęli się pod niego, starając się przebic słabiej osłoniętą skórę na podbrzuszu. Ten piąty, którego miałem za małego, właśnie się wyprostował. Był chyba dwa razy większy ode mnie, a w łapie ściskał potężny kordelas. Wymachiwał nim całkiem nieźle, jednak nie mógł trafic w smoczy łeb. Kolejna fala ognia, kolejne pudło. Alurne zmagała się z dwojgiem zamaskowanych wojowników, którzy przypominali ludzi, jednak było w nich coś dziwnego. Te runy na ich mieczach i szatach... Gdzieś je chyba widziałem... Ale mniejsza z tym, czas działac. Dotknąłem głów orków i ożywiłem ich. Powstali niezgrabnie, gramoląc się z pozycji na czworaka, do pełnego pionu. Podałem im ich broń i wskazałem jaszczuroludzi i zamaskowanych.
-Nakarmic nimi robale!
Posłusznie, rzucili się na przód. Jeden z orków bezpośredni zaszarżował w jednego z zamaskowanych, wbijając go w drzewo. Natomiast drugi, rzucił swoją pałkę, ogłuszając jednego z jaszczurów pod Artemisem, a drugiego złapał w klasyczne duszenie. Wyjąłem swój sztylet, stając plecami do drzewa. Posłałem go na przód, tuląc do piersi Virdora. Nagle, na ziemi zauważyłem fragment zielonej szaty, przy której były maleńkie kropelki krwi, jasnoczerwonej barwy. Carla... Nagle, usłyszałem ponury jęk. Alurne leżała na ziemi, a nad nią stał wielki jaszczur. Świat pociemniał mi przed oczami, jakby nagle słońce skryło się, chcąc oszczędzic sobie ten widok. Złapałem swój sztylet i ruszyłem w stronę Shaikanki. Dwaj zakapturzeni byli zajęci walką z orkami, Artemis musiał radzic sobie sam. Stanąłem przed jaszczurem, który donośnie wyśmiał mnie i moje zamiary. Szybko rozwiałem jego pozytywne nastawienie, wydłubując mu oko, gdy tylko uniósł dłonie do ataku. Cofnął się momentalnie do tyłu, zasłaniając krwawiącą ranę. Jednak oko wypłynęło mu między palcami. Pięknie, to zaraz się zakończy.
Wątek zamknięty 


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości