Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl

Wątek zamknięty 
 
Ocena wątku:
  • 0 Głosów - 0 Średnio
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Gra
06-28-2012, 21:32
Post: #131

RE: Gra
Poczułam uderzenie w głowę. Oczy mi zaszły mgła. Powoli zaczęłam opadać na ziemie. Uderzyłam w nią. Słyszałam odgłosy walki, krzyki, ale nie miałam siły podnieść się. Zamknęłam oczy.
Obudziłam się, o ile można tak powiedzieć, na jakiejś łące. Rozejrzałam się dokoła. Nie, nie znałam tego miejsca. Chyba. Nie byłam pewna. W sumie pewne fakty z życia dopiero po śmierci Shira zaczęłam sobie przypominać. Przypomniałam sobie kto mi wtedy zlecił jego zabicie, kto chciał dla niego źle. Wstałam i przeszłam się kawałek. Nie wiedziałam jak się wybudzić, bo tego, że śnię byłam pewna. Nie mogłam tak po prostu przenieść się w trakcie walki gdzieś tam. Poza tym nie słyszę Mora, a nasz więź nie ma ograniczeń związanych z odległością.
Rozejrzałam się. Zobaczyłam przed sobą jakąś postać. Postanowiłam podejść do niej. Może ona wie co ja tu robię.
- Hej ty! – krzyknęłam. Powoli odwróciła się w moim kierunku. – Wiesz jak stąd się wydostać? Co ja tu robię? – Patrzyła niemo na mnie. – Halo? – machnęłam jej ręką przed nosem. Spojrzała z pogardą. Zdziwiłam się. Po chwili poczułam, że cos mnie odrzuca. Jakaś siła. Magia? Tak, ale nie taka jaką znam. Żaden z tych rodzajów. – Czego… - nie zdążyłam dokończyć. Kolejny podmuch, uderzyłam plecami w drzewo. – Sama tego chciałaś. – Wstałam i zaczęłam biec w jej kierunku. Nie miałam przy sobie miecza, ale cóż, gołymi dłońmi tez potrafię walczyć. Wyskoczyłam w górę, unosząc nogę. Kopnęłam pietą. Dziewczyna usunęła się. Błyskawicznie odwróciłam się i zadałam cios pięścią w jej bok. Tak, teraz. Wykop do przodu. Dziewczyna skuliła się. Nie mam zamiaru jej dalej bić. Zaczęła się trząść i chyba płakała. Podeszłam do niej, ukucnęłam i delikatnie dotknęłam w ramię. – Wszystko w porządku? – spytałam głupio. Spojrzała wyzywająco. Oczy miała całe załzawione.
- Wszystko przez ciebie. – powiedziała z wyrzutem. – Siostra mówiła mi, że jak cię teraz zabiję to on wróci. Bo on wie. – powiedziała wstając. – Powiedziała mu. On do mnie przyjdzie. Wiem to. – zaśmiała się. Nie wiem co tej idiotce chodzi po głowie. Jej gadanina jest taka bezsensowna. Patrzyłam na nią z politowaniem. – Co się tak gapisz? Co? – Czy ona mnie obraża. Zacisnęłam pięści. – A, ty nic nie wiesz. Doskonale. – zaśmiał się. – Wiesz, Elthir i ja byliśmy razem. – Czyli to ona, ta kobieta z przed trzech lat? Patrzyłam zszokowana. Nie wiedziałam co robić. Czułam się targana różnymi emocjami. Chciałam rozerwać ją na strzępy. – I powiem ci coś jeszcze. Słuchaj uważnie. – Nadstawiłam ucha. – Nasza córeczka ma już trzy latka. – powiedziała z szerokim uśmiechem. Usiadłam na trawie. Nie wiem dlaczego, ale był dla mnie to szok. Przecież wiedziałam, że on z kimś wcześniej sypiał. Dlaczego się tak tym przejęłam. Czułam się wyczerpana. Nie wiedziałam co robić. Poczułam, że łza płynie mi po policzku. Usłyszałam, że ktoś woła mnie z oddali. Nie wiedziałam kto to, ale poszłam za głosem. Po chwili otworzyłam powoli oczy. Łzy mi płynęły z nich.

[Obrazek: nikaq.jpg]

Wir wollen dass ihr uns vertraut
Wir wollen dass ihr uns alles glaubt
Wir wollen eure Hände sehen
Wir wollen in Beifall untergehen
Znajdź wszystkie posty użytkownika
06-28-2012, 22:17
Post: #132

RE: Gra
(Oczami Artemisa)
Wpadłem w szał. Wiedziałem, że powinienem bardziej nad sobą panować, jednak kiedy zobaczyłem Carle... Krwawiła, leżała nieprzytomna, a może i martwa... Nie mogłem, nie potrafiłem się opanować. Nie wiedziałam nawet, czemu zaatakowali, wiedziałem jednak, że ich usmażę. Skrzywdzili ją!

Tak więc zionąłem ogniem, jak oszalały. Oblazły mnie, jednak ich ostrza nie były w stanie przebić się przez moje łuski. Czułem jakieś ukłucia, jednak były mi one obojętne. Całkiem nic nie znaczyły. Liczyło się tylko wykończenie ich jak najszybciej i upewnienie się, że Carla żyje...
06-28-2012, 22:53
Post: #133

RE: Gra
Jaszczur padł prosto pod me stopy, gdy już wyrwałem jego serce. Chwilę później, powstał ponownie, dla mojej uciechy. Nie ma kary, która odpłaciłaby za to, co zrobili. Dwaj mężczyźni zdołali już posiekac moich sługusów. Zdawali się... Znudzeni, albo nawet zażenowani. Jeden z nich uchylił się, gdy dwie połówki innego jaszczura przeleciały tuż obok niego. Artemis zmiażdżył dwójkę pod sobą, ciągle ganiając ostatniego, na swoich plecach. Przetarłem spoconą twarz i zakręciłem sztyletem w dłoni. Zamaskowani poklepali się po plecach, po czym ten z toporem skoczył w stronę smoka. Mieli na sobie lekkie zbroje, umożliwiające zwinne ruchy. Jeden z nich miał owy topór, przyozdobiony nieznanymi mi znakami, natomiast drugi, miał bliźniacze, zakrzywione ostrza, zaczepione obręczami na ramionach. Właśnie on stanął przede mną. Poruszał się bardzo szybko i zwinnie, gdybym nie był mieszańcem, zapewne posiekałby mnie w mgnieniu oka. Jednak udawało mi się unikac, tudzież parowac jego ciosy. Mój jaszczur nie zdał się na wiele, bo po chwili padł bez sztucznego życia, w siedmiu częściach na ziemię. Mógłbym ożywic ich duchy, ale nie miałem czasu na te skomplikowane procesy. Zdawało mi się, że on nie chce mnie zabic, nie natychmiast. Widocznie bawił się ze mną, do tego dośc dziwnie, bo zdawał się uderzac według jakiegoś rytmu. Cięcie, cięcie, pchnięcie, zamach, parada, cios, cios, cios. Oparłem się o drzewo, unikając kilku ciosów, ciężko dysząc. Gdy wykonał pchnięcie, uskoczyłem w bok, nacinając fragment jego zbroi. Miecz wbił się w stary pień, przebijając go na wylot. Pokręcił nim przez chwilę, siłował, aż wreszcie zostawił broń. Nagle, Artemis wydał z siebie potworny ryk, zwracając na siebie uwagę. Złapał jaszczura i odgryzł mu głowę, rzucając truchłem w kolejnego napastnika. W ostatniej chwili skoczyłem do tyłu, unikając rozpędzonego ostrza. Wtem, Artemis cisnął truchłem jego kompana, z toporem wbitym w czaszkę, przygniatając miecznika. Odetchnąłem z ulgą, przydeptując wciąż uzbrojoną rękę drugiego napastnika.
-No, więc teraz sobie porozmawiamy. - Spojrzał na mnie groźnie, starając się poderwac swoją broń. - A, a, a. - Powiedziałem, kręcąc przy tym palcem. - Nie tak szybko. Może i mnie zabijesz, ale czy uciekniesz jemu? - złapałem Artemisa za odsłonięte zęby, demonstrując ich zabójczą siłę. - Więc, potrzebuję informacji.
Zawzięty typ milczał, a stróżki dymu zaczęły wyciekac z nozdrzy smoka. Bez zbędnych ceregieli, przebiłem stopę napastnika, od pięty aż do pół łydki. Zawył, ale nic poza tym. Twarda sztuka. Zauważyłem, że pod tym kapturem nie miał hełmu w kształcie jakiegoś dziwacznego stwora, ale maskę, w takim kształcie. Zdjąłem ją, po czym tego pożałowałem. Ten gośc miał paskudną szramę, pędzącą przez całą przekątną twarzy. Zielonkawo-żółte oczy wpatrywały się w nas, a dało się w nich zobaczyc żądzę mordu i krwi. Jednak najbardziej zaintrygowała mnie ta łuskowata skóra.
-Więc nic nie powiesz? - Pokręcił głową. - Dobrze, równie dobrze twój towarzysz może mówic. - Spojrzał na mnie przerażony, no i dobrze, niech się boi. - Jego duch będzie się rzucał, ale zapewne, gdy twoja dusza znajdzie się w niebezpieczeństwie, poświęci tych parę strzępków wiedzy.
-D-dobrze, już powiem, tylko nie ruszaj mojego brata! - Dobry chłopiec, uśmiechnąłem się, spuszczając z ciała rodzeństwa tego wojownika krew, wprost do bukłaków. - Mam twoje słowo? Nie zrobisz nic mojemu bratu?
-Tak, masz moje słowo. - Co za typ, wierzyc w takie brednie? Przecież on już będzie martwy, więc nie będzie miał na to wpływu.
-Więc, jesteśmy najemnikami. - Łgał jak pies, chyba muszę mu trochę pomóc.
-Wiesz, że kamieniem dusz, może byc tak na prawdę, każdy przedmiot? Nawet takie jabłko? Jakiekolwiek uszkodzenie kamienia, powoduje wypaczenie ładunku, co prowadzi do ostatecznego unicestwienia osobowości danej osoby, w najlepszym przypadku.
-Dobra, kłamałem! Jesteśmy Wiedźminami! Pomagamy Astrologowi Xilveirowi, który porwał waszą kochaną elfkę. - Dyszał z gniewu, albo ze zmęczenia? Ciężko orzec, ale dalsze przesłuchanie przerwał mi Artemis.
-Dokąd? - Po chwili nacisnął na tego Wiedźmina. - Dokąd?
-Do jaskini! Do jaskini, niedaleko jeziora Przecinka Piekieł!
Artemis Uśmiechnął się, po czym spalił go na popiół. Pokręciłem głową i dopiero teraz, przypomniałem sobie o Alurne. Szybko podbiegłem do niej, kładąc ją sobie na kolanach i oglądając czaszkę. Nie było widac urazu, jedynie wielki, fioletowy siniak. Powinna się obudzic, mam taką nadzieję. Położyłem ją sobie na ramionach i zacząłem kołysac. Jednocześnie głaskałem te piękne włosy, a Virdora położyłem obok trupa jaszczura, niech się napije. Artemis ciągle dyszał gniewem, ale już jako człowiek. Zaczął przeglądcac resztki trucheł owych dwóch braci. Nagle, Alurne otworzyła oczy.
06-29-2012, 15:05
Post: #134

RE: Gra
Powoli otworzyłam oczy. Musiałam mieć dziwną minę, bo nie za bardzo kontaktowałam co się dzieje. Słyszałam ciągłe wołanie Mora w głowie, czułam swąd spalenizny.
- Wszystko w porządku? - dopiero po pewnej chwili zorientowałam się, kto mnie trzyma. Elthir. Nie mogłam powiedzieć słowa. Nie teraz. za dużo emocji. Ukryj je powtarzałam w myślach. Ukryj. - Chyba jednak nie. - powiedział smutno. Czułam jak dotyka mojej głowy i bada ją. - Guz nie jest na tyle poważny żeby w jakiś sposób spowodować brak mowy. - Spojrzał na mnie. - czyli pozostaje tylko szok. - Chciałam wstać. - Posiedź moment. Dostałaś mocno i nie wiadomo czy znów nie stracisz przytomności.
- Jest... jest w porządku. - powiedziałam cicho. - Gdzie Carla? - spytałam, wyswobadzając się z jego uścisku. Wiem, że się na pewno martwił, ale nie potrafiłam inaczej. Wstałam szybko, ale w kilka sekund później znów siedziałam na ziemi. Czyli mocno oberwałam. Na prawdę mocno.
- Mówiłem. Odpocznij moment. - Mor podszedł do mnie. Zaczęłam go głaskać, przytulać i drapać za uchem. Byłam praktycznie nieobecna w tamtej chwili. Myślałam o tej dziewczynie, o Elthirze. czy to prawda? Dlaczego nic nie powiedział? Poczułam, że łza spływa mi po policzku. Znów. Gdyby było tak jak dawniej, to bym na pewno nie płakała. Wtuliłam się w futro Mora. Wiedziałam, że Elthir na to patrzy i zapewne cierpi, ale nie potrafiłam w tamtym momencie tak po prostu przytulić się do niego i powiedzieć wszystko co mi leżało na sercu. Zaczęłam płakać, łzy moczyły futro Mora. Nie mogłam ich opanować. Staję się taka... taka słaba przez nie. "Alrune. Wszystko będzie dobrze. Nie płacz. Przecież ze stadem wszystko jest dobrze. - mówił mi Mor w myślach na pocieszenie. - Stado się powiększy i będziemy szczęśliwi." Odsunęłam się od niego, wywalił jęzor zadowolony. "Głupek." - podsumowałam w myślach, wstając powoli.
- Musimy uratować Carle. - starałam się nie patrzeć teraz na Elthira. Za dużo emocji, za wiele pytań. Nie mogłam. Może później. A może dobrym pomysłem byłaby ucieczka? Nie koniecznie do stolicy. Może do matki? Hmm... nie to za oczywiste wyjścia. Pozostaje jedno. Ubić kilka potworów i kupić mały dom gdzieś w górach, albo na wybrzeżu. - Idziecie? - zapytałam.

[Obrazek: nikaq.jpg]

Wir wollen dass ihr uns vertraut
Wir wollen dass ihr uns alles glaubt
Wir wollen eure Hände sehen
Wir wollen in Beifall untergehen
Znajdź wszystkie posty użytkownika
06-29-2012, 21:38
Post: #135

RE: Gra
Jaskinia... Niedaleko jeziora Przecinek Piekła. Co oni od niej chcą?! - rozmyślałem tak. Byłem przerażony. Jej krew, fragment sukni... jeśli coś się jej stanie...
- Będziecie tu, czy idziecie też? Ja lecę do Carli. muszę jej pomóc... - mruknąłem. W moich myślach pojawiały się najokropniejsze wizje. Czułem, że ją krzywdzili. Nie mogłem tego znieść. - Lecę do niej. Wy róbcie jak chcecie. -Warknąłem, coraz mniej kontrolując strach. Po chwili już unosiłem się w powietrzu...
06-29-2012, 22:12
Post: #136

RE: Gra
Łzy, te łzy... Bolały mnie bardziej niż jakakolwiek rana na ciele, czy na umyśle. Co się jej stało? Dlaczego płakała? Dlaczego kłamała? Dlaczego nie chce powiedziec, dlaczego roni łzy? Czy to moja wina? Cholerne pytania zaprzątają mi głowę, chyba wariuję. Jednak miała racje z tym, że musimy iśc. Carla nie będzie czekac wiecznie, o ile dalej czeka. Wyrzuc te myśli, na pewno żyje. Artemis niespodziewanie wyruszył, zostawiając nas na ziemi, a przecież mogliśmy dotrzec tam razem...
-Idziemy, prowadź. - Chyba... Nie ma sensu zawracac jej teraz głowy pytaniami i dociekaniami. - Mor, wskażesz nam drogę? - Wilk zakręcił się chwilę, po czym pobiegł w las.
Cisza, nigdy nie sądziłem, że ją tak mocno znienawidzę. Biegliśmy jakiś czas, po czym doszliśmy do sporego jeziora, pomiędzy górami. Po prawej stronie, było osmolone wejście, przy którym leżało kilka kupek popiołu. Artemis już tu był, ale wszedł jako człowiek, bo jaskinia była za mała dla smoka. Alurne zdawała się nieobecna, jakby straciła pewnośc siebie, poklepałem ją po ramieniu, ale niewiele to dało, a ona zdawała się byc... Zniesmaczona moim dotykiem? Co się z nią stało? Tak wiele pytań. Wślizgnęliśmy się do środka, mijając pogaszone pochodnie i kilka jaszczurczych trupów. Nagle, weszliśmy do wielkiej sali, zapełnionej drewnianymi konstrukcjami, rusztowaniami i schodami. Nagle, świece w kryształowym żyrandolu i we wnękach ścian zapłonęły ogniem i rozjaśniły pomieszczenie. Zauważyliśmy wiele dziwnych eksponatów, zamkniętych w gablotach: szkielety, rośliny, broń, nawet fragmenty budynków. Ponad nami ktoś zaczął klaskac i z korytarza pod sufitem, wyszedł Shaikan. Tak, to był na pewno jeden z tego rodzaju. Miał te czerwone oczy i to specyficzne spojrzenie. Miał siwe włosy i granatową szatę, pokrytą wieloma cięciami i gwiazdami. Ten mężczyzna roztaczał wokół siebie aurę wyższości, jakby sama jego obecnośc, świadczyła o naszej marności. Spojrzał na nas i pociągnął jakąś dźwignię. Spod sufitu spadły dwie klatki, zawieszone na grubych linach. Jedną zapełnił Artemis, który zdawał się wrzec z gniewu, a w drugiej siedziała Carla, mamrocząc coś pod nosem.
-Witam, szanownych gości, w moim domu. - Ukłonił się, a z bocznych wejśc wyszło kilkoro Jaszczuro-ludzi. - Posprzątałbym, albo chociaż zrobił herbatę... No, ale goście niezapowiedziani, nie mogą liczyc na taki komfort. Więc, pozwólcie, że wszystko sam opowiem. - Uderzył w dzwon, gdy Alurne chciała coś powiedziec. - Cisza! Zabiliście moje dzieci, ops... - Zaśmiał się histerycznie. - Zniszczyliście ich tymczasowe ciała, ale to nic, przecież mogę zrobic nowe! - Zszedł poziom niżej i przekręcił kilka pokręteł, a donośne huczenie metalowych przedmiotów, dobiegło nas w kilka sekund. - Tak, nieskończenie wiele nowych, ale widzę, że nie rozumiecie? Co za szkoda, przecież to takie proste, wystarczy trochę wiedzy i pomocy z zewnątrz....
Zaśmiał się, po czym wylał na ziemię jakieś płyny. Po chwili, piach poderwał się gwałtownie do góry. Zaczęły formowac się w nim kolejne tkanki ciała, aż wreszcie, pokryła je skóra. Po chwili, wyrosło na nich odzienie i broń. Ta sama, którą mieli w chwili ataku.
- Ach, moje biedne dzieci, ducha im nie zwrócę, nie, nie, nie. Przecież nie zawiodę pana, nie, nie, nie. - Zaśmiał się. - No, ale muszą życ, muszą się ruszac, tak, tak, tak. Więc dam je moim dzieciom we władanie, oj tak!
Chyba mamy do czynienia z jakąś sektą, albo kultem szaleńca. Jednak trzask, który rozległ się w jaskini sprawił, że nawet pozbawione uszu jaszczury, padły na ziemię. W powietrzu pojawiła się czarna dziura, z której wypełzły dwa cienie. Czy on właśnie przyzwał demony? Najwidoczniej, bo po chwili weszły one w te sztuczne powłoki, po czym otworzyły płonące oczy. Ich skórę przeszyły czerwone i niebieskie żyły, tworząc obraz popękanych skał.
-Moje dzieci, moje kochane skarby. Ale cóż to? Nie podobają się wam goście? Oh... - Chyba na poważnie się zmartwił, ale po chwili uśmiechnął się demonicznie, ukazując szereg zębów spiłowanych na kły. Właśnie osiągnął parter, gdy wyjął swoje ręce zza pleców, ukazując przekrwione szpony, pełne ostrych pazurów ze stali. - No, ale zabawmy się, ze wszystkimi, potem zaprosimy ich na kolację, tak, tak, tak. Moje dzieci, są głodne. - Odciął liny, mocujące klatki Carli i Artemisa. - A główne dania nie lubia byc serwowane bez przystawek. - Zaśmiał się demonicznie. - Tatuś będzie dumny, jeśli zjemy makaron z ich jelit, a kotlety z wątroby są wprost jak delikates. Smacznego moje maluchy, smacznego. - Po tych słowach, rzucili się na nas, wrzeszcząc wieloma głosami, umęczonych, poprzednich, obiadów...
06-30-2012, 17:47
Post: #137

RE: Gra
Wiedziałam co muszę zrobić. Carla była jeszcze troszkę zamroczona. Nie sądziłam, że Artemis zdąży ją uratować. nie mogłam na to liczyć. Skoczyłam w kierunku spadającej przyjaciółki, rozplątując na pół jaszczura, który chciał ją pożreć. Ledwo zdążyłam załagodzić jej upadek, a obok pojawił się Artemis. Spojrzałam za siebie. Elthir walczył z tym psychopatą.
- Artemis. - powiedziałam szybko. - Zajmij się jaszczurami. Ja pomogę Elthirowi. Wynieś Carlę jak najprędzej. W jej ciele jest sporo jakiejś nieznanej mi mikstury, a nie mam za wiele teraz czasu na jej analizę. jak stąd wyjdziemy, wtedy dokładnie ją zbadam i pomogę. - kiwnął głową na zgodę. - Carla, słyszysz mnie? - popatrzyła na mnie błędnym wzrokiem. - Artemis zabierze cię na powierzchnie. Mor znajdzie jakieś zioła na orzeźwienie dla ciebie. Już ich szuka.
- Ale ja... - złapała się za głowę. Ból. Musimy szybko przerwać, a raczej zakończyć ten konflikt. Poza tym o co tu chodziło? I skąd nagle taki wysyp Shaikan? O Urze.
- Idźcie. Damy sobie radę. Spokojnie. - Dotknęłam jej czoła. Nie, nie ma gorączki. To dobrze. Czyli to nie jest raczej trucizna. Mamy czas. Drugi jaszczur zaczął się do nas zbliżać. Nie zdążyłam podnieść miecza. Artemis go spopielił. - Dzięki. - powiedziałam, wstając. Musze pomóc Elthirowi. Nie wiem co ten świr ma z tymi szponami. Nie chciałabym patrzeć, jak Elthir umiera. Nawet wiedząc o tym co zaszło. Nie mogłabym znieść tego widoku. Nagle jeden szpon rozdarł rękaw nekromanty. - Elthir! - krzyknęłam. Uniosłam miecz i próbowałam uderzyć w Shaikana. Chciałam żeby zajął się mną, nie nim. Atakuj mnie. - Spróbuj ze swoim. - powiedziałam zadziornie. - Alrune Luoriel ze Smoczych Książąt. - powiedziałam lekko skłaniając się, kiedy odskoczyłam. - Do usług. - Shaikan rzucił się na mnie. Jakie to banalne. Czyli zawsze jest tak samo? Śmiechu warte.

[Obrazek: nikaq.jpg]

Wir wollen dass ihr uns vertraut
Wir wollen dass ihr uns alles glaubt
Wir wollen eure Hände sehen
Wir wollen in Beifall untergehen
Znajdź wszystkie posty użytkownika
06-30-2012, 18:48
Post: #138

RE: Gra
Czułam się... dziwnie. Wiedziałam, że minęło sporo czasu, odkąd mnie zaatakowano, jednak ostatnie, co pamiętałam, to kolczasty łańcuch zaciskający się na mojej szyi. Później widziałam jak przez mgłę. Słyszałam wściekłe pomruki Artemisa, a tak przynajmniej mi się wydawało. Znów straciłam przytomność. Ocknęłam się w czyich gorących objęciach. Tę łuskowatą skórę, bardzo nagrzaną poznałam od razu. Docierały do mnie jakieś słowa Alrune, jednak nie układały się w logiczną całość. Nic nie rozumiałam. Po chwili znów zagwizdało mi w uszach, kasza rozsypała się na moich oczach, odpłynęłam...

(Oczami Artemisa)
Jak!? Jakim cudem siedziałem w tej klatce?! Czemu jej nie rozerwałem?! Ona... to było nic! Gdyby nie Alrune i Elthir, Carla mogłaby zginąć! Przez to, że ja nie potrafiłem poradzić sobie z cholernym mieszańcem!
- Zabiorę ją stąd. Elthir, daj małego. Tam będzie bezpieczniejszy! - warknąłem, zabierając dzieciaka. Wiedziałem, że Carla cierpiałaby, gdyby coś się mu stało. Planowałem wynieść ich nad jezioro i zostawić pod opieką wszelkich możliwych wilków. Mor na pewno przekaże informacje o stanie Carli, a wszelka zwierzyna będzie chciała jej pomóc, nawet ryzykując spotkaniem ze mną...

Wyszedłem więc. Po drodze zwęgliłem jak najwięcej jaszczur, by Alri i Elthir mieli ułatwione zadanie do czasu mojego powrotu. W sumie spaliłem ponad sto stworzeń. Gdy dotarłem do brzegu jeziora dostrzegłem niewielką wysepkę na jego wnętrzu. Przemieniłem się i tam ją zostawiłem. Wiedziałem, że wiele zwierząt popłynie i ją otoczy. Nie chciałem jej zostawiać, jednak wiedziałem, że muszę pomóc pozostałym. Gdyby nie moja głupota nie znaleźliby się w tak niebezpiecznej sytuacji...

Wbiegłem, a gdy korytarz się powiększył, natychmiast przybrałem swą właściwą postać. Podleciałem, rozgrzałem do czerwoności klatkę, w której przedtem mnie uwięziono, i rzuciłem nią w Shaikana. Widziałem, że jest już na pozycji przegranej, jednak szkoda mi było czasu. Ciężar klatki nie był dostateczny, by go zabić, jednak spowodował liczne urazy, a jej temperatura poparzyła jego ciało. Zionąłem raz jeszcze, a jego ubranie zajął ogień. Po chwili niewyobrażalnych męczarni wyzionął ducha. Wręcz czułem, jak dusza jego i pokrak, które stworzył, odleciała. Wszystkie "dzieci" zginęły wraz z "ojczulkiem". Pozostały tylko posprzątać resztę jaszczurów. Uznałem, że Alrune i Elthir spokojnie i szybko sobie z tym poradzą, więc zawróciłem, by móc zająć się Carlą.
06-30-2012, 19:05
Post: #139

RE: Gra
Nawet nie wiedziałem, że da się uwięzic smoka. Jednak to nie to było moim największym zmartwieniem. Ten dziadyga ruszał się, bądź co bądź, nie najgorzej. Całe szczęście, że oddałem Virdora Artemisowi, bo pewnie teraz byłby w kilku częściach. Alurne na chwile odciągnęła go ode mnie, ale ciągle pozostawali jego słudzy. Jaszczury grzecznie cofnęły się pod ściany, czekając na rozkaz. Wszyscy nosili oprawione gadzie oko, w pierścieniu na palcu wskazującym. Może to jakaś sekta? Albo bractwo? Wow, ten z toporem walczy lepiej, niż ten z mieczami. Dwa kroki w lewo i w prawo, skok, i niekompletny unik. Alurne zdołała odepchnąc dziadygę i unieruchomic pozostałą dwójkę, jednak ten starzec, nie wiem jak to zrobił, ale doskoczył do mnie. Rozciął moją koszulę, cholera, trzy tygodnie ją szyłem i barwiłem! Zatrzymał się na jeden moment, spoglądając na moje znamię, w kształcie czarnej róży. Nagle, do komnaty wpadł Artemis i szybciej niż się obejrzałem, przygniótł całą trójkę napastników klatkami. Następnie spopielił ich i wybiegł szybciej, niż mogłem dostrzec. Jego działania sprawiły, że jaskinia zaczęła się walic. Jaszczury pouciekały innymi wyjściami, a ja z Alurne, pognaliśmy co sił do wyjścia. Dosłownie w ostatniej chwili wybiegliśmy, bo siła, z jaką uderzyło w nas powietrze, z walącej się jaskini, podbiło nas do góry. Shaikanka bez słowa wstała i podbiegła do Artemisa, który właśnie przyniósł Carlę do nas. Mój skarb zajął się nią, coś mrucząc pod nosem i segregując zioła, które wyciągała z pysków różnych zwierząt. Smok bez słowa dał mi małego, po czym zaczął klęczec i kołysac się do rytmu, mówiąc coś w dziwnym języku. Ja usiadłem pod drzewem, zbierając siły na nową batalię, na batalię słowną z moją anielicą....
06-30-2012, 20:41
Post: #140

RE: Gra
Tak, udało nam się. Artemis przyniósł Carle. Mor i inne wilki dostarczyły mi różne zioła. Tak, kilka się teraz przyda. Resztę zachowam na później. Zgniotłam kilka gałązek i dałam elfce do połknięcia. Podałam wodę do popicia.
- Teraz odpocznie momencik i będzie dobrze. - dotknęłam dłonią jej ciała. - To nie jest trucizna. Znaczy nie śmiertelna. Zioła zadziałają. Powinna za moment wrócić cała i zdrowa. Mogłabym sama, bez pomocy ziół, wyciągnąć z niej toksyny, ale myślę, że nie ma takiej potrzeby. - spojrzałam na Artemisa. Wydawał się zadowolony. Mówił w smoczym języku. Tak, znam to. Sama robię tak samo kiedy jestem szczęśliwa, albo nie panuję nad emocjami. - Artemis. - spojrzał na mnie, przytulając przy tym Carle. - Będziecie razem szczęśliwi, ale wiesz, ze jak coś jej złego się wydarzy to zrobię sobie pancerz z twoich łusek? - spojrzał na mnie przestraszony. Zaśmiałam się pod nosem. Tak, teraz czeka mnie coś o wiele gorszego.
- Więc? - zaczął kiedy usiadłam obok. - Dlaczego płakałaś? Co się stało? - pytał gorączkowo. Nabrałam powietrza. czyli tak to wygląda.
- Ja kogoś spotkałam w swoim umyśle, jak mnie jaszczur ogłuszył. - zaczęłam spokojnie. Patrzył na mnie zdziwiony. - Ta elfka - Zrobił wielkie oczy. - co ją, znaczy ty z nią, trzy lata temu miała mi wiele do przekazania.
- Salrina. - powiedział, patrząc na mnie zdziwiony. Kiwnęłam głową.
- Elthir. Nie chcę iść tam. - powiedziałam szybko. Spojrzał na mnie zdziwiony. Jak miałam mu powiedzieć, że w pewnym sensie boję się o dzieci, mimo że ich jeszcze nie ma. Skąd miałabym pewność, że ona nic im nie zrobi? Nie wiedziałam nawet czy Elthir zostanie ze mną jeśli się ponownie spotkają. Bolało. Tak bardzo bolało.
-Salrina była w twoim umyśle? Dziwne... Jest zaledwie w moim wieku... Jeszcze nie powinna być w ogóle w stanie, czegoś takiego dokonać... Ale co się stało, to się nie odstanie. Ale dlaczego nie chcesz iść do tego miasta? Mam tam dom, pracownie, sklep, stały dochód, może nawet jakiś grosz się uzbierał, bo miałem czeladnika, że tak powiem. Skarbie, mi możesz powiedzieć wszystko, nie martw się, wszystko będzie dobrze. – On nic nie rozumie.
- Ona… ona… ty… - nabrałam powietrza w płuca. – Ona ma dla ciebie wiadomość. – Spojrzał na mnie zdziwiony. – Trzy letnia córka. – powiedziałam szybko. Łza zakręciła mi się w oku. Schowałam twarz w dłoniach. Nie wiedziałam dlaczego zaczęłam płakać. Łzy ciekły mi po policzkach.
-Córka... Córka... Moja? - spojrzał tępo na mnie. Pokiwałam głową. Upadł na kolana i schował twarz w dłoniach. Delikatnie dotknęłam jego pleców. - Moja córka... Trzy... Dokładnie trzy... Ale wtedy... Przecież jej nie było, wyjechała do innego miasta... Opuściła mnie, rzuciła, jak zwykłą szmatę... Mam córkę? – Spojrzał na mnie, opierając się o drzewo. Wziął do dłoni sztylet i zaczął nim kręcić. - Ja mam córkę... Trzy letnią... Do tego z tą szma... Więc to o to chodzi... Ja... Nie wiem co powiedzieć. – A co masz niny? Przecież nie wiedziałeś. - Przepraszam? Za swoją niewiedzę? Nie jestem w stanie pojąc co czujesz... Zapewne czujesz się zdradzona, może nawet gorzej. Gdybym wiedział... – Nie wiedziałam za bardzo co miałabym zrobić. -Gdybym wiedział, nie wyruszyłbym na tą wyprawę... Nie poznałbym ciebie... – A ja ciebie i umarłabym nigdy nie poznając kogoś, kogo bym pokochała. - Nie poczułbym ponownie życia... – Dotknęłam jego twarzy, blizny. - Nie wiem, co robić... Nie jestem pewnie w stanie, wynagrodzić ci tego... Jednak dalej proszę o to, abyś ruszyła ze mną...
- Ja…ja się boję. – powiedziałam cicho. – Boję się, że ona moje dzieci. – Schowałam twarz w dłoniach. Poczułam jak mnie obejmuje i przyciąga do siebie. Wtuliłam się. Czułam się bezpiecznie.
-Nasze dzieci skarbie, nasze. Wątpię, żeby chciała coś zrobić tobie, czy też im. Jednak zawsze będziesz miała moje wsparcie. – pogłaskał mnie po głowie. - Wiesz, może to nie najlepszy prezent czy coś, ale trzymaj. Sam ją zrobiłem. – Kościana fletnie. Nie umiem na niej grać. Zaśmiałam się. - Nie mam pierścionka zaręczynowego, czy jak tam twój lud ogłaszał, że para jest związana na zawsze, ale wydaje mi się, że to niezły początek... – Zaśmiałam się pod nosem.
- W ludzie mojej matki daję się najstarszej w rodzie zapłatę za dziewczynę. Przynajmniej tak było kiedy moja matka wychodziła za ojca. – Popatrzył na mnie dziwnie. – Ale ta fletnia na pewno wystarczy. Jest piękna. – zaśmiałam się. – U Shaikan, z tego co Lothe mi opowiadała, nie trzeba nic dawać. Shaikanie kochają szczerze i tylko raz w życiu. – Spojrzał na mnie, uśmiechając się.
-Alurne, twoje oczy porywają mnie i wciągają moje serce w twoje dłonie. Powiedz czy wciąż się dla ciebie liczę? – Spojrzałam mu w oczy. - Czy wciąż mogę dbać o twoje serce? – Dotknęłam dłonią jego twarzy i uśmiechnęłam się.
- Ale wiesz, że musiałbyś się nim zajmować przez długi, bardzo długi czas? – zapytałam cicho. Patrzył na mnie z czułością. Nie, nie byłabym w stanie go opuścić. Nie, wtedy by to oznaczało mój koniec. Nie potrafiłabym żyć bez niego.
- Hmm… mnie to odpowiada.
- A jak ta elfka zbliży się do mnie, albo do dzieci. Zrobi im, albo tobie coś złego to wtedy mnie popamięta. – Zaśmiał się z mojej deklaracji. – Shaikanie są mściwi jeśli ktoś krzywdzi ich bliskich. – powiedziałam na wytłumaczenie.

[Obrazek: nikaq.jpg]

Wir wollen dass ihr uns vertraut
Wir wollen dass ihr uns alles glaubt
Wir wollen eure Hände sehen
Wir wollen in Beifall untergehen
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Wątek zamknięty 


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości