Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl

Wątek zamknięty 
 
Ocena wątku:
  • 0 Głosów - 0 Średnio
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Gra
07-01-2012, 19:22
Post: #141

RE: Gra
Ocknęłam się. Leżałam nad brzegiem jeziora, czułam wilgoć pod sobą, a wieczór nie był zbyt ciepły. Zatrzęsłam się. Byłam jeszcze strasznie słaba, jednak poza tym chyba wszystko było w porządku. Artemis głaskał mnie po włosach, co nieco mnie otrzeźwiało. Zaczęłam sobie przypominać zdarzenia, które miały miejsce. Znów byłam wśród płonących drzew, czułam koszmarny ból, jakby kolczasty łańcuch ponownie zaciskał się na mojej szyi... Nie! To nie możliwe!
Poderwałam się, wiedziałam, że twarz mokrą mam od łez. Czy byłam już wolna? Czy któremuś z moich przyjaciół coś się stało, gdy o mnie walczyli? Nic nie pamiętałam!
- Carla? Wszystko w porządku? - spytał mnie zmartwiony Artemis
- Ja... tak. Czy... ktoś jest ranny? - wyjęczałam, czując dreszcz przebiegający moje ciało
- Nie, wszystko jest w porządku. Spokojnie... Jak się czujesz?
- Dobrze - stwierdziłam. Po chwili już szlochałam wtulona w jego tors
- Przepraszam, że przeze mnie byliście w niebezpieczeństwie... - wyłkałam
- Co? Carla... Nie mów takich głupot. W żadnym stopniu nie była to twoja wina... - szepnął, czule całując moje włosy. Zaczął delikatnie nami kołysać. Nie minęła chwila, a ja zasnęłam. Widocznie jednak byłam jeszcze mocno osłabiona...
07-01-2012, 20:12
Post: #142

RE: Gra
-Tak są mściwi... - Zapatrzyłem się w jej oczy. Zdawało mi się, że spoglądam w wir, w wielki wir wodny, który mnie zasysa.
-Carla się budzi, zobaczmy co z nią. - Jak zwykle, troszczy się o innych, o sobie zapomina... Zdawało mi się, że taki typ już dawno wymarł. Uśmiechnąłem się pod nosem i podreptałem za nią.
-Hej, jak tam? - Zagadnąłem, gdy Alurne poprzestała na uśmiechu do przyjaciółki, tak, chyba się zaprzyjaźniły. - Wszystko w porządku?
-Co? A tak... - Chyba nie była w nastroju do rozmów. Pokiwała tylko dłonią i wtuliła się w Artemisa. Jak te smoki przyciągają kobiety, świat nie widział.
Oddaliłem się od paczki, w końcu, trzeba będzie niedługo ruszac. Zebrałem trochę suchego drewna i kamieni, zrobiłem małe ognisko, a Artemis je podpalił. Jaki on ma dech, bite półtorej minuty na jednym wydechu, byleby ogień nie był za mocny, ani za słaby. Podszedłem nad brzeg jeziora i przeczesałem włosy. Księżyc idealnie odbijał się w gładkiej tafli wody, przeglądając własne lico. Zacząłem wspominac. Tak, te wszystkie chwile, które przeżyłem przez ponad dwadzieścia trzy lata. Spotkanie dziadków, nauka, praca, pierwsze sukcesy... No i to pierwsze zauroczenie. Chociaż, całe dwa lata chodzenia, bez oznak znudzenia z żadnej ze stron, to chyba coś więcej? Ale potem... Dwudziestka, impreza, goście, śmiech, kompromitacja... Spojrzałem jeszcze na moją kompanię. Dorin zapewne rzucałby jakieś sprośne kawały i pociągał łyk z kufla. Odszedłem trochę dalej, tak, żeby mnie nie widzieli. Zdjąłem poszarpane ciuchy i wskoczyłem do wody. Była zimna, ale cóż, chłód pomagał, zapomniec, otrzeźwiec, wybaczyc. Ile lat można trzymac urazę? Żyję zbyt krótko, by nienawidzic kogoś do końca. Zresztą, teraz to nieważne, jestem zbyt pochłonięty moją Shaikanką, by cokolwiek rozpamiętywac. Zanurkowałem, po czym wyskoczyłem na powierzchnię. Spojrzałem na moje przykurzone i lekko czarnawe włosy, po czym zacząłem je szorowac. Trudy i wysiłki całego dnia, zmywała woda. Już niedługo, jeszcze najwyżej dwa dni i wreszcie odpoczniemy. Ciekawe czy Carla i Artemis zostaną z nami? Byłoby miło, zdążyłem przyzwyczaic się do ich towarzystwa. Zabawne, w życiu bym nie powiedział, a jakby ktoś mi przepowiedział, że będę zbierał przyjaciół i zakocham się kolejny raz, to zabiłbym tę osobę na miejscu, a następnie wskrzesił i zabił jeszcze raz. Mam nadzieję, że Alurne spodoba się ten dom. Przestronny, z ogrodem i altanką, siedem pokoi, w tym trzy na górze plus jeszcze sklep i pracownia alchemiczna. Cudowny widok na główny plac miasta, ciekawy jestem, co się tam pozmieniało. Odsunąłem się trochę dalej, w głąb wody, po czym wsłuchałem się w pieśni wiatru i małych fal, które budził do krótkiego życia.
07-01-2012, 20:56
Post: #143

RE: Gra
Wzięłam małego na ręce. W sumie jakby nie patrząc pierwszy raz w życiu miałam dziecko na rękach. Nigdy wcześniej nie chciałam się do żadnego zbliżyć, a raczej nikt nie życzył sobie mojej obecności w pobliżu dzieci. Mogłam je przecież zauroczyć czy cóś. Głupi, przesądni ludzie. A wszystko przez wygląd. Zaczęłam go kołysać. Nie znałam kołysanek, a może ich nie pamiętałam. Nie wiem. Jedyne co potrafiłam to parę hymnów i piosenek po elficku. Ze smoczych pieśni znałam tylko parę utworów, ale one również się nie nadawały w tym momencie. Usiadłam koło Mora z Virdorem.
- Wiesz, że to oznacza, że będziemy spędzać dużo czasu razem? - spytałam, patrząc na wampirka. Uśmiechnął się. - I nie, twój uśmiech nie przekonał mnie do pozwolenia ci na spożywanie mojej krwi. - dotknęłam delikatnie jego głowę. - Będziesz pił krew zwierzęcą albo niegodziwców. Nikogo innego. - popatrzył na mnie z szerokim uśmiechem. - Jeśli kogoś skrzywdzisz to sama własnoręcznie wymierzę ci karę. - lekko przestraszył się. Przytuliłam go. Poczułam, że delikatnie chwyta mnie dłońmi i przysuwa twarz do mojej szyi. Nie odsunęłam się. Jeśli teraz zaatakuje... objął delikatnie rączką mnie i odsunął się na tyle ile mógł. - Jesteś mądry. Nawet bardzo. Jak podrośniesz to ci opowiem twoją historie. Historie pierwszego wampira jaki chodził po świecie. - zaśmiałam się, kładąc go koło Mora. Tak, wilk na pewno go przypilnuje. Wstałam i poszłam w kierunku stawu. Widziałam jak Elthir się kąpie. Nie miałam zamiaru przeszkadzać. Usiadłam na brzegu, biorąc do rąk jego ubranie. Rękaw był uszkodzony, ale można było go łatwo naprawić. Wyciągnęłam z kieszeni igłę. Nie była to igła do szycia, raczej służyła do zabijania, ale lepszej nie miałam w tym momencie. Nici również nie posiadałam. Cóż, zostaje tylko włos. Przeczesałam dłońmi swoje włosy i wyciągnęłam dwa. Nawlekłam jeden na igłę i zaczęłam zszywać podartą odzież. W sumie nie jest to nieprzyjemne zajęcie, trochę wciągające. Pokułam sobie całe palce. Parę razy krew skapnęła na ubranie. Jednak nędzna ze mnie szwaczka. Cóż, jak od małego uczyłam się tylko jak się zachowywać i tak dalej, a później tylko miecz i walka, to co się dziwić. W koncu udało mi się skończyć.
- Widzę, że już wczuwasz się w rolę. - spojrzałam w bok.
- Raczej kiepsko mi idą jakiekolwiek pracę domowe. - powiedziałam smutno. - Nie umiem szyć ani nic z tych rzeczy. - zasmuciłam się. - Wiesz, jak byłam mała, młoda, to wtedy byłam chowana na dworze mojej babki. nie mieli innego wyboru. Ale i tak nikt nie chciał mnie nauczyć jak haftować. - zaśmiałam się na wspomnienie. Pamiętam jak małe elfki chwaliły się swoimi pięknymi chusteczkami, które wyhaftowały na zajęciach. Tak bardzo im zazdrościłam. - Leilo mnie później nauczył, że igły nie zawsze służą do szycia. - popatrzył na mnie, kiwając głową. Wiedział o co mi chodzi. Igła można łatwo i szybko zabić. Zapatrzyłam się w wodę. Nadal trzymałam jego ubranie. - Wiesz, chciałam uciec jak tylko się dowiedziałam o tej elfce. - Nie przerywał mi. To dobrze. Po prostu powiem wszystko co mi leży na sercu. - Myślałam żeby zabić parę potworów i zamieszkać gdzieś z dala. - spojrzałam na niego. - Ale nie mogłam. Nie mogłam tak po prostu odejść.
- Shaikanie kochają raz w życiu? - spytał. Pokiwałam głową z uśmiechem. Podałam mu ubranie, wyszedł z wody. Dotknęłam różanego znamienia. Wcześniej go nie zauważyłam. Złapał moja dłoń. - Za dwa dni dotrzemy do domu. Odpoczniemy. - Uśmiechnęłam się. - Wiesz, chyba częściej się uśmiechasz ostatnimi czasy.
- Na prawdę. Hmm... ciekawe jaka jest tego przyczyna? - zaśmiałam się głośno. Objął mnie. - Wiesz, Mor mi coś wywąchał, wyczuł, a raczej myślał o tym. - spojrzał na mnie dziwnie. - Domyślisz się już niedługo. - zaśmiałam się. Tak, wilki są cudowne. Potrafią tak wiele wyczuć. Sama nie spodziewałam się, ze w ciągu tych kilku dni, a raczej dwóch dni, ja będę... uśmiechnęłam się. - Wracajmy lepiej do obozu. Ruszymy jak najwcześniej. - Poszliśmy wspólnie do obozu. Carla spała. Chyba. Zbadałam ją jeszcze przed ułożeniem się do snu. Tętno w normie, temperatura również. Energia - lekkie wahania, ale wszystko w porządku. Toksyny - prawie ich nie ma. Doskonale. Wróciłam do Elthira. Nie chciałam przeszkadzać Artemisowi. Położyłam się obok, delikatnie wtulając się. Zaśmiałam się pod nosem.
- Z czego się śmiejesz?
- Mor został pełnoetatową niańką. - zaśmiałam się. "Powiedz tak jeszcze raz a podgryzę ci pięty. - powiedział zaciekle Mor. Wiedziałam jednak, że jest zadowolony. - Przynajmniej ten mały nie jest taki uciążliwy, jak ty." Zaczęłam się śmiać. "I tak cię kocham Mor." Cicho warknął i zasnął. Tak, pora spać. Nie wiem kiedy zasnęłam, ale obudziłam się wyjątkowo wypoczęta. Trzeba teraz zwinąć obóz i ruszać. W miarę szybko uporaliśmy się z tym Cóż, nie ma to jak współpraca.
Przez dwa dni jechaliśmy przez góry. Staraliśmy się nie polować. Czułam, że Carla za każdym razem bardzo cierpi jak musi zjeść jakieś zwierze. W końcu dotarliśmy do Sildaled. Poczułam, że strach mnie ogarnia. Bałam się. Chyba nawet leciutko zadrżałam.
- Wszystko w porządku. Zaraz będziemy w domu. - To mnie uspokoiło.

[Obrazek: nikaq.jpg]

Wir wollen dass ihr uns vertraut
Wir wollen dass ihr uns alles glaubt
Wir wollen eure Hände sehen
Wir wollen in Beifall untergehen
Znajdź wszystkie posty użytkownika
07-01-2012, 22:40
Post: #144

RE: Gra
-Wszystko w porządku. Zaraz będziemy w domu. - Zdawała się wyraźnie spokojniejsza. Niestety, chyba widmo spotkania się z Salriną nie ustąpiło. Trudno, co będzie to będzie. - Sporo się zmieniło, od mojej ostatniej wizyty. Widzisz? - Wskazałem na wielkie wieże, oplecione winoroślą. - Jeszcze trzy lata temu tego nie było.
Zatrzymaliśmy się i zobaczyłem, że Carla śpi w ramionach Artemisa. Biedny gośc, zdawał się taki wesoły, a jednak nie za bardzo wiedział co robic. Podeszliśmy do bramy z Shaikanką i tam zatrzymali nas strażnicy. Pozłacane zbroje, których fragmenty były stylizowane na pióra i kwiaty. Nie ma to jak artystyczna dusza kowala.
-Kim jesteście, czego chcecie. - Strażnik opierał się na halabardzie, bardziej zmęczony niż zainteresowany. Ziewnął przeciągle, po czym spojrzał na nas, nieobecnym wzrokiem. Obok niego stał jakiś młodzik Ubrany podobnie, ale był o wiele bardziej aktywny.
-Alurne i Elthir, wracamy do domu.
-Elthir? Ten sam Elthir? Ponurak?
-Tylko dwie osoby mnie tak nazywały, a tą drugą nie jesteś, więc to tylko i wyłącznie może byc Arden Iskrzący Paluch!
Uśmialiśmy się i wyściskaliśmy za wszystkie czasy. Nie widzieliśmy się sporo czasu, a przecież byliśmy najlepszymi kumplami. Pamiętam, że wspominał coś o straży i opiece, ale nie sądziłem, że będzie stał w bramie.
-Chłopie, opowiadaj co u ciebie?
-Wiesz, chętnie bym pogadał i ogólnie, ale śpieszy mi się... Jeśli się nie obrazisz... - Przeszedłem razem z Alurne obok niego, przyjmując jego szczery uśmiech.
- Miłe powitanie. - powiedziała cicho. - mogłeś z nim pogadać skoro chciał. - dodała po chwili. - Nie jestem tak bardzo zmęczona.
-Oczywiście, ale jak się rozgada to trochę czasu zejdzie. Obgadam z nim zmiany w jakiejś oberży, kiedyś. - Podrapałem się po głowie i zrobiłem dziwną minę, pewnie była śmieszna, bo mój anioł się rozpromienił. - Chodź, zaraz dojdziemy.
-Hej, dlaczego o mnie zapomnieliście?! - Carla podeszła do nas, niczym rozpędzony taran. Chwyciła mnie za kołnierz i zaczęła targac. - Jeszcze raz o mnie zapomnicie, jeszcze raz zostawicie, to przysięgam, wykastruję cię i nakarmię tym co wytnę! - Przełknąłem nerwowo ślinę. Chyba nie żartowała, ale Alurne ledwie powstrzymywała śmiech, podczas gdy Artemis pomknął za Elfką, wzruszając ramionami, a Mor turlał się ze śmiechu. - No, to teraz idziemy... W tę stronę, tak, tam będzie najlepiej!
-Ale... - Zgasiła mnie spojrzeniem, kładąc dłoń na sztylecie.
Szliśmy ulicami, mijając co chwilę jakąś parę elfów, ludzi, krasnoludów, a nawet orków. Każdy na nas dziwnie spoglądał, ale mi to wisi. Niech się patrzą, jak nie mają nic lepszego do roboty... Jednak moja luba chyba się tym przejmowała, bo coraz bardziej zwalniała, chowała się za mnie i spuszczała głowę. Carla to zupełnie inna osoba. Poruszała się jakby znała to miasto na pamięc, uprzejmie kiwając dłonią do każdego przechodnia rasy elfiej. Nasz smok szedł tuż za nią, naśladując ją wiernie i uśmiechając się głupio.
- Wiesz, ja nigdy nie lubiłam... za dużo ich tu. - schowała się za moimi plecami. - Boję się. - Nagle, podniosła głowę i spojrzała na jedną postac, zwróconą do nas plecami, która stała pod stoiskiem jakiegoś jaszczura. Kupowała wschodnie przyprawy. - To ona.
-Kochanie, nie ma się czego bac, mój, to jest, nasz dom jest tuż obok tego wielkiego targu. Najlepsze miejsce na moją działalnośc, ale rozumiem. - Starannie obszedłem całe targowisko, uważając, by Salrina nas nie zauważyła.
-Co was tak zacięło? Stanęliście na krawędzi ostrza czy co? Ktoś wam nożem świeci? - Zasłoniła nas, skacząc jak małe dziecko, na widok straganów i kramów wszelakich rodzajów. - ALurne... - Zrobiła oczy jak małe dziecko, a Artemis przekręcił oczami.
-Dobra, trzymaj. - Moja luba szybko wcisnęła jej kilkanaście złotych i srebrnych monet. - No co, zarabia się tak i tak. - Odpowiedziała na moje pytające spojrzenie.
-Świetnie, jesteś wielka. - Artemis odchrząknął i wepchnął jej do dłoni kilka klejnotów - No to super, pójdziemy na małe zakupy, ta podarta suknia nie nadaje się do niczego... - O, może zagadam do tej w zielonych włoskach? - Wskazała Salrinę. Gdy tylko do niej podeszła, uciekliśmy w bok, chowając się za kramem z warzywami i owocami. Delikatnie daliśmy znac Smokowi, że będziemy w sklepie z ziołami, mam nadzieję, że zrozumiał. Po chwili, wyskoczył zza stoiska i podbiegła do swojej lubej, chowając w kieszeni kilka dorodnych jabłek i gruszek.
Nie wiem, czy miałem fart, czy też zwyczajnie dała nam przejśc, zawsze była spostrzegawcza. Widocznie zdolności odciągania uwagi u naszej drogiej Elfki są wysoce rozwinięte. Dzięki temu, bez przeszkód dotarliśmy do mojego domu. Stara kamienica, została odnowiona, a szyld pobłyskiwał na srebrno. "U Grinderów znajdziesz cuda, zioła, maści, to nie złuda. Chociaż zdrowia twego chcemy, za darmo jeno życia nie ratujemy." Tak, nic się nie zmieniło. Ale cóż to? Wymienione szyby, staromodne drzwi no i jeszcze ta wystawa leków i ziół w oknie? Nieźle, radził sobie ten mój praktykant, nie ma co.
-Więc zapraszam, wchodzimy od zaplecza, bo jest bliżej.
-Czym się zajmujesz? Leczysz ludzi. - Sarkazm wprost z niej emanował, ale taki pozytywny, jakby delikatnie łechtała mnie pod brodą. - Znam się na tym całkiem nieźle.
-Wiem, demonstrowałaś to już wielokrotnie. - Uśmiechnąłem się i złapałem jej dłonie.
-Wiesz... W sumie znam się na leczeniu i warzeniu mikstur... Może mogę pomóc? - Zrobiła taką minę, że nie sposób jej było odmówic, jak małe dziecko, które prosi o jakąś przekąskę. - Jak myślisz?
-Myślę, że to doskonały pomysł. Do tej pory leczyłem ziołami i lekami, a także chirurgicznie, ale z twoją pomocą... Miło cię miec w załodze, a teraz, zapraszam do środka. - Otworzyłem drzwi.
W środku powitały nas świeże świece i dźwięk dzwoneczka. Już w kilka sekund później, pojawił się mój wierny czeladnik. Spokojny chłopak ubrany w fartuch i białą czapeczkę. Zielonkawymi oczkami przyglądał się nam przez krótką chwilę, aby następnie skłonic się przed Alurne i uścisnąc moja dłoń.
-Witam, witam szanownego szefa i damę. Miło mi ponownie widziec. Urwanie głowy mam od kilku tygodni, wszyscy przychodzą po leki i porady specjalistyczne. - Wzruszył ramionami. - Normalnie ciężko mi wyrobic tu samemu. Dobrze, że szef wrócił. Sporo gotówki się uzbierało i tak jak pan kazał, odstawiałem piętnaście procent dla siebie.
-Miło i mi ciebie widziec Urtynie. Dużo się zmieniło? - Objąłem Alurne w pasie, a czeladnik przetarł okulary kawałkiem fartucha.
-Tutaj w sumie tylko wystrój i zakres oferowanych usług. Od czasu, gdy posadziłem w ogrodzie kilka rodzajów ziół...
-Co?! Zniszczyłeś ten piękny ogród? Przecież wyraźnie mówiłem, że nie wolno nikomu go dotykac!
-T-tak. - Chłopak lekko się zająknął, ale po chwili odzyskał pewnośc siebie. - Jednak przebudowywali miasto i musieli fragment ogrodu zabrac... Teraz, zostało tylko oczko i altanka i przestrzeń miedzy nimi.
Zrobiło mi się słabo. Tyle pięknych kwiatów, tyle rzadkich drzew, przecież wyjechałem na ledwie kilkanaście tygodni! Chciałem coś powiedziec, ale do mojego miejsca pracy weszła Salrina. Jej oczy ciągle hipnotyzowały, jej usta ciągle przyciągały, a jej ciało delikatnie falowało na wietrze.
-No proszę, Ponurak wrócił. Widzę, że przyprowadziłeś ją ze sobą, jednak. - Zdawała się smutna i zagubiona, ale ja już znam jej sztuczki, za bardzo mnie zraniłaś, za dużo łez przelałem przez ciebie. Nie zasługujesz na mój szacunek.
-Skarbie mój jedyny proszę, Urtynie. - Spojrzałem na czeladnika, który wyprężył się jak długi. - Zabierz proszę tą damę dalej, mam tutaj z kimś coś do omówienia.
-Tak szefie. - Złapał Alurne i chwilę przyglądał się Virdorowi, po czym poprosił mojego anioła dalej. Shaikanka przeszła bez słowa, tylko rzuciła mi jeszcze przerażone spojrzenie. - Spokojnie, zaprowadzę panią do poczekalni, która jest za tamtymi drzwiami, jest tam co prawda elf z trzy letnią dziewczynką, ale myślę, że to specjalnie pani nie przeszkadza?
Odprowadzałem Alurne wzrokiem. Dopiero gdy trzasnęły za nią drzwi zdecydowałem się spojrzec w twarz Salriny. Była smutna, a nawet powiedziałbym, że zrozpaczona. Jednak nie dam się zmiękczyc, spoglądałem na nią hardo czekając, aż wreszcie zacznie.
07-02-2012, 21:18
Post: #145

RE: Gra
Elfia wioska! Naprawdę byłam w elfiej wiosce! Po tragedii jakoś nigdy nie próbowałam znaleźć innego takiego miejsca, ale tu... Jejku, było cudownie! Targ, pełen przyjaźnie nastawionych istot, te dekoracje, kolory, piękne towary, bogaty asortyment, grajkowie... Tyle czasu przesiedziałam w lesie... nigdy nie byłam sama, zawsze miałam mnóstwo zwierząt, ale tu... Taka żywa osada...

(tymczasem Artemis...)
Hm... piękny targ... I te stroje... Czas najwyższy, by Carla dostała nową suknię... Jej zgrabne nogi... Nie zaprzeczalnie miała się czym chwalić, jednak, będąc ze sobą uczciwym, spojrzania tych wszystkich samców strasznie mnie rozjuszały. Stanowczo czas kupić jej nową, piękną kreację, by zbytnio nie kontrastowała z wyjątkową urodą właścicielki...
Gdy ja tak rozmyślałam, mój skarb miał chyba podobne myśli. Nim zdążyłem zabrać ją do straganu z sukniami, ona podeszła do Alrune. Nie powiem, byłem ciut zazdrosny. To przepraszam myślała, że ja jestem spłukany? Że sam nie jestem w stanie zapewnić swej ukochanej dobrego życia? Jestem smokiem! Wiem, zostało nas mało, ale... cóż, moja rasa słynie z zamiłowania do bogactwa. W prawdzie ja wychowywałem się w oddali od tego materialistycznego świata, jednak zamiłowanie do cennych błyskotek płynie w mojej krwi!
Tak więc dyskretnie podałem Shaikance kilka kamyczków, które zapewne w pełni wyrównały nasz rachunek. Nie chciałem, być jej dłużny, zwłaszcza, że to absolutnie nie było konieczne. Darowałem sobie uzmysławiane Carli swojego stanu materialnego.... Dobrze, że ma przyjaciółkę, na którą może liczyć.
Tym czasem moja piękność buszowała już pośród kolorowych tkanin.
- Artemis? - przywołała mnie z nieznaną mi jeszcze nutką w jej głosie. Zrozumiałem, że stęskniła się za targami, za życiem towarzyskim.
- Tak? - spytałem, usiłując ukryć radość, którą przyniósł mi jej uśmiech
- Pomożesz? - pokazała mi trzy kreacje, które uznała za najładniejsze. Wybrałem taką, której brawa najlepiej podkreślała świeżość jej zielonych oczu.
07-02-2012, 21:54
Post: #146

RE: Gra
Szłam za pomocnikiem Elthira. Chyba nie zdawał sobie sprawy kim jestem, a może myślał, że tylko elfem. Nie wiem. Nigdy nie lubiłam jak ludzie na mnie spoglądali. Moje oczy - czerwone jak u jakiegoś demona. W czasie walki stawały się praktycznie, jak te u smoków. Źrenice zmieniały swój kształt. Pamiętam jak na wojnie kilka osób zwróciło na to uwagę. Byłam wtedy wysłana z Leśnego Królestwa wraz z innymi łucznikami, aby pomóc sojusznikom w walce z orkami na pograniczu. Wtedy po raz pierwszy poczułam szał bitwy i nie zapanowałam nad sobą.
Zatrzymałam się na moment i spojrzałam na półki. Wiele nazw ziół znałam i powszechnie stosowałam, aczkolwiek wolałam szybkie leczenie niż długotrwałą kuracje.
- Usiądzie pani sobie tutaj. - wskazał mi krzesło obok elfa. W sumie wyglądał młodo, ale ja wiedziałam, ze jest na prawdę stary. Czułam to. - Pan Mederion też jest elfem. Myślę, że towarzystwo wam się spodoba. - Spojrzałam na niego unosząc brew. - Coś nie tak?
- Nie jestem elfem. - powiedziałam cicho i dodałam zanim zdołał cokolwiek powiedzieć: - Pół elfem również. - usiadłam na krześle, ściągając przy tym z pleców łuk i odpinając miecz. Postawiłam je obok krzesła. Przeciągnęłam się, zapatrzyłam się w widok za oknem. Czyli od tej chwili tak ma wyglądać moje życie? Ma pachnieć ziołami? Przymknęłam oczy. Tak, zdecydowanie to było coś co było mi potrzebne. Ten spokój.
Nie zauważyłam kiedy mała dziewczynka podeszła do mnie i usiłowała się wspiąć na kolana.
- Nienior - podniósł trochę głos mężczyzna. - nie przeszkadzaj pani. - Wzięłam małą na kolana i spojrzałam na jej oczy. Tak, zdecydowanie to to dziecko. - Pani wybaczy, ale ona zawsze tak do ludzi lgnie. Szczególnie jeśli coś się jej w nich spodoba. A muszę przyznać, że ma pani ładny kolor oczu. Taki ciekawy, specyficzny.
- Ma pan racje. Specyficzny. - zaśmiałam się pod nosem. Mała wpatrywała sie we mnie usilnie. Te jej oczy. Jakbym patrzyła na oczy Elthira. Taki sam kształt, kolor, ale nie miały w sobie tego czegoś. Brakowało im tej... tej pustki, tej głębi. Dotknęłam policzka małej. - Więc masz na imię Nienior? - kiwnęła głową. - Czyli Opłakująca. - Staruszek spojrzał na mnie zaciekawiony. - Jestem Alrune At'lin Luoriel. - powiedziałam spokojnie patrząc na małą. Uśmiechnęła się do mnie ukazując rządek białych ząbków.
- Moje imię to opłakująca, a twoje? - zapytała po chwili. Zaśmiałam się.
- Moje oznacza "szlachetną tajemnice ukrytą w głębinach". - Staruszek popatrzył na mnie dziwnie. - Wiem, jest jeszcze przydomek, ale on nie oznacza nic więcej jak tylko "smoczą córkę". - Poczułam, że się lekko przestarszył. Mała patrzyła zdiwiona. - Więc przyszłaś z dziadkiem po leki, tak?
- Tak, trochę sie przeziębiłam.
- Jak chcesz mogę szybko wyleczyć dolegliwości. - przyłożyłam dłoń do jej ciała. - Lekkie przeziębienie. Nawet nie ma żadnych bakterii. Przepływ energii w normie. - dotknęłam czoła, odgarniając grzywkę. - Nie będzie bolało. Może lekko załaskotać. - zaczęłam ją leczyć. Delikatnie przeszukiwałam jej ciało, czułam przepływ energii. Nie, na pewno nie ma w sobie tego co Elthir. Ma magie, ale nie jest ona zbyt silna. Powiedziałabym, że słaba. Po chwili skończyłam zabieg. - Już. Jesteś zdrowa. - Uśmiechnęła się i zeskoczyła z moich kolan.
- A co się mówi jak ktoś ci pomoże Nienior? - spytał dziadek.
- Dziękuję pani Alrune. - powiedziała z szerokim uśmiechem, biegnąc do półek ze specyfikami. Przyglądała im się zza szyby.
- Jest bardzo żywym dzieckiem. - powiedziałam pod nosem. Nagle drzwi otworzyły się i wyszła z nich rozwścieczona Salrina. Wstałam powoli. Podeszła do mnie. Wyglądała jakby chciał mi zrobić krzywdę. Nic z tego. wcześniej byłam osłabiona, nieuważna i na dodatek to była fantazja.
- Słuchaj. - Zaraz jej połamię ten palec jeśli go nie zabierze z przed mojego nosa. - Pożałujesz, że tu jesteś. Jeszcze zobaczysz. - popatrzyłam zdziwiona. - Jeśli myślisz, że Ponurak ci pomoże to grubo się mylisz. On nie wie co to uczucia. - Nie wytrzymałam. Uderzyłam ją otwartą dłonią. - Ty...
- Radzę ci powstrzymać swój język. - powiedziałam cicho. - Wcześniej zaatakowałaś jak byłam kompletnie wyczerpana. Teraz jest inaczej. Nie chcę jednak aby twoja córka na to a patrzyła, bo to mądre i kochane dziecko. O niebo lepsze od matki. -prychnęła. - Powiem jedno: obraź jeszcze raz Elthira, albo zrób komukolwiek z moich bliskich jakąkolwiek krzywdę, a wtedy nawet piekło nie będzie dla ciebie ukojeniem. - popatrzyłam w jej oczy. Tak, strach. Już nie była taka harda. - Shaikanie ścigają wrogów do końca życia. Swojego lub ich. - Złapała małą za rękę i szybko wyprowadzając ją ze sklepu. Pomachałam jeszcze Nienior na pożegnanie, szeroko się przy tym uśmiechając. Mała wydawała się zadowolona. Wyszczerzyła do mnie ząbki. - To gdzie mogę to zostawić? - spytałam biorąc do rąk miecz i łuk. Elthir i Urtyn dziwnie na mnie patrzyli. - Co?
- Nic, nic. Nie chciałbym pani zaleźć za skórę w takim wypadku. - powiedział poważnie czeladnik. - Mam nadzieje, że nie będę miał takiej okazji.
- Raczej nie. - powiedziałam z uśmiechem. Podeszłam do Elthira. - To gdzie mogłabym zostawić to wszystko, wykąpać się i ewentualnie w coś innego przebrać? - spojrzał na mnie dziwnie. - Co? - spytałam. Przytulił mnie mocno. - Mor. - przypomniało mi się po chwili. Delikatnie wyswobodziłam się z uścisku. - Czy mógłbyś wpuścić tu wilka jak jakiś zacznie się kręcić niedaleko domu? - spytałam Urtyna. - To mój przyjaciel. nie zrobi ci krzywdy. - pokiwał głową i wyszedł. - Więc... - zamyśliłam się. Teraz zaczyna się nowy etap w życiu.

[Obrazek: nikaq.jpg]

Wir wollen dass ihr uns vertraut
Wir wollen dass ihr uns alles glaubt
Wir wollen eure Hände sehen
Wir wollen in Beifall untergehen
Znajdź wszystkie posty użytkownika
07-02-2012, 23:18
Post: #147

RE: Gra
-Tęskniłam i...
-Tęskniłaś? Tęskniłaś?! - Warknąłem na nią, sprawiając, że się cofnęła. - Co, nie spodziewałaś się takiej reakcji? A czego?
-Ja...
-Myślałaś, że wpadnę ci w ramiona? - Przerywałem jej w każdym momencie, zanim zacznie pleśc te swoje słodkie słówka. - Sądziłaś, że po tym wszystkim co zrobiłaś wrócę do ciebie jak potulny piesek? - Prychnąłem śmiechem. - No to się nieźle zawiodłaś...
-Ponuruś. - Położyła mi palec na ustach, zanim cokolwiek zdążyłem powiedziec. - Myślisz, że chciałam tego? Ten zakład pozwolił mi tylko nieco się wzbogadzic. Zrobiłam go przy okazji naszej pierwszej nocy, gdy byłam pewna twoich uczuc.
-To trochę nie w czas - Co ona sobie wyobraża, że do niej wrócę? Gdybym jeszcze cokolwiek czuł, zapewne mogłoby się to tak skończyc, ale teraz jestem odporny na jej urok. - Jak myślałaś, że co? Ucieszę się i zatańczę kankana na wieśc, że byłem jedynie przedmiotem zakładu?! To co było między nami też należało do zakładu?!
-Elthir, skarbie... - Zrobiła słodką minę, łasząc się jak kot. Strąciłem jej ramie, wywołując wypływ kilku łez. - Więc jednak... Mieli rację...
-Kto miał rację? Z czym?! - Nie mówiłem, tylko krzyczałem. Mam dośc jej gierek i tajemnic, wyśpiewa wszystko jak na spowiedzi.
-Moi bracia. Virgen i Vorin, łowcy, zwiadowcy, tropiciele. Idealni i niezauważalni dla oka. Mieli cię śledzici i wiem wszystko skarbie. Wiem, jakie brzemię dźwigasz, ale nie musisz robic tego sam. - Przytuliła się do mojej piersi. - Przecież masz mnie, masz nas...
-Masz na myśli moją... Naszą córkę? Kolejny fakt, uciekłaś i nawet o tym nie wspomniałaś! - Zrobiła zdziwioną minę.
-Nie? Nie... Więc to dlatego... - Zajrzała do koszyka, z którego wyciągnęła mały list. - Zostawiłam taki drugi u twoich przybranych rodziców... Mieli ci go dac, gdy wrócisz do miasta...
Wziąłem od niej zwitek papieru, komentując to przeciągłym stęknięciem. Papier wydawał się stary. Trzy lata to jednak spory szmat czasu. List zdawał się nieodpieczętowany, bo pieczęc była nienaruszona. Ustąpiła po lekkim naciśnięciu i po chwili zobaczyłem, dobrze mi znane, delikatne pismo. " Kochany, przykro mi to mówic, ale muszę wyjechac. Mój ojciec nie wierzy, żebym była w stanie zachowac swoją ciążę w sekrecie, a ty tak nagle zniknąłeś... Wiesz jak wygląda samotna ciężarna kobieta? -kilka łez zapisało się, rozmazując kilka następnych liter. - Ten nasz namiętny romans... Rozumiem, że jesteś rozgoryczony, jednak zrozum, że nie mogłam tak od razu... Przecież jesteś... Pół-krwi, mój ojciec musi cię zaakceptowac, bo nie chcę, żeby skończyło się jakimś mordobiciem, w którym straciłabym któregokolwiek z was... Więc... Zaczekaj na mnie, wrócę tutaj, nim się obejrzysz... Kocham cię Silria.
-Wiesz, gdyby ten list dotarł do mnie wcześniej, może miałabyś na cokolwiek szansę. - Posmutniała, ale w jej oczach dostrzegłem iskierkę gniewu. - Teraz, do tego ten twój atak na Alurne...
-Ta podła małpa, ukradła mi ciebie! Jak mogłeś zrobic mi coś takiego?! Nic cię nie obchodzi dziecko?
-Nie obrażaj jej, to po pierwsze. Po drugie, dziecko obchodzi mnie i to bardzo, a po trzecie, sama mnie porzuciłaś.
Spuściła wzrok, chyba już straciła nadzieję, ale nagle podskoczyła i wbiła mi coś... Prosto w serce. Odepchnąłem ją, po czym dotknąłem rany, zataczaj się. Padłem na sofę, spoglądając na dłoń pełną krwi. Salrina podbiegła do mnie, spojrzała na ranę, odgarniając włosy i wylała na nią swoje łzy. Usłyszałem lekki syk i poczułem, że robi się strasznie zimno, cholernie zimno.
-Wybacz, mój najmilszy. Nie chciałam tego robic, ale zmusiłeś mnie. -Pytające spojrzenie, to wszystko co mogłem zrobic, bo dostałem szczękościsku i nawet nie mogłem ruszyc wargą. - Widzisz... Moja babka zna się na magii i naturze bardzo dobrze. Może i nie będę cię miała, może i na zawsze ciebie straciłam, ale dziecka nie porzucisz! - Dołożyła mi ciosów, dokładnie w to samo miejsce. - Nie martw się, nie padniesz, Ale teraz...
Uniosła dłonie nad głowę i zaczęła chwilę szeptac, coś się zmieniło... Wtedy, poczułem... Czułem, że serce znowu bije, mimo wielu ran. Zeszła ze mnie i przetarła włosy. Ja... Już nie widziałem w niej kata, nie widziałem w niej potwora, bawiącego się czyimiś uczuciami. Widziałem... Zagubioną kobietę, która ima się wszystkiego, byleby zapewnic córce najlepszą możliwą przyszłośc. Szybko oczyściła moją koszulę i ciało z krwi, a samo ostrze schowała. W tym samym momencie, moje srece ponownie stanęło. Kobieta odsunęła się, złożyła pocałunek na moich ustach, które nawet nie odpowiedziały na jej zaczepkę. Westchnęła ciężko, po czym z impetem weszła do poczekalni.
Słuchaj. Pożałujesz, że tu jesteś. Jeszcze zobaczysz. Jeśli myślisz, że Ponurak ci pomoże to grubo się mylisz. On nie wie co to uczucia. - Gdy wszedłem, Alurne wymierzyła Elfce policzek, zabolało. - Ty...
- Radzę ci powstrzymać swój język. Wcześniej zaatakowałaś jak byłam kompletnie wyczerpana. Teraz jest inaczej. Nie chcę jednak aby twoja córka na to a patrzyła, bo to mądre i kochane dziecko. O niebo lepsze od matki. Powiem jedno: obraź jeszcze raz Elthira, albo zrób komukolwiek z moich bliskich jakąkolwiek krzywdę, a wtedy nawet piekło nie będzie dla ciebie ukojeniem. Shaikanie ścigają wrogów do końca życia. Swojego lub ich. - Zapatrzyłem się na małą dziewczynkę, ze srebrnymi oczami, czarnymi włoskami i tą delikatną skórą... Więc to ona? To moja córka? Patrzyłem na nią ciężkimi oczami... Chciałem za nią pobiec, ale nie mogę... Nie mogę zdradzic Alurne... Wielki Vareu, dlaczego zwracasz mi okruchy skradzionych części mnie, właśnie teraz? - To gdzie mogę to zostawić? - Otrząsnąłem się z otumanienia, spoglądając tępo na moją lubą - Co?
- Nic, nic. Nie chciałbym pani zaleźć za skórę w takim wypadku. - powiedział poważnie czeladnik. - Mam nadzieje, że nie będę miał takiej okazji.
- Raczej nie. To gdzie mogłabym zostawić to wszystko, wykąpać się i ewentualnie w coś innego przebrać? Co? - Alurne, kwiecie najsłodszych pól, piękna jak zachód Słońca, dlaczego teraz mogę cię zranic? - Mor. - Delikatnie wyswobodziła się. - Czy mógłbyś wpuścić tu wilka jak jakiś zacznie się kręcić niedaleko domu? To mój przyjaciel. nie zrobi ci krzywdy.
Może i jestem martwy, ale dlaczego nie w tych częściach, w których chcę? Muszę to mądrze rozegrac, żeby nie było problemów i żebym mógł się cieszyc ze wszystkich moich pociech.
-Kwiecie mój złocisty, muszę cię o coś zapytac. - Zaprosiłem ją na górę i wprowadziłem do pokoju moich przybranych rodziców. Odkurzony dywan, kilkanaście drogocennych ziół, kominek, łoże, fotel bujany, biblioteczka i mały stoliczek. Tak wszystko było na swoim miejscu, w idealnym porządku. Usiedliśmy na łóżku. Chciała wejśc na moje kolana, ale ja tylko spuściłem głowę.
-Skarbie, zapewne cię rozgoryczę, może nawet zranię, ale muszę poznac twoje myśli, twoją opinię na ten temat. - Zrobiła zaciekawioną i zaskoczoną minę, badając moją obojętną, a może zasmuconą, twarz. - Czy ta mała istotka, ten mały cud, który wyszedł z Salriną, to moja córka?
- Tak. To bardzo urocze dziecko. Ma w sobie magie, ale jest ona nie znaczna. A o co chodzi?
-Widzisz ja... - Coś mi plątało język, jakby nie chciało, żebym mówił o tych dziwnych działaniach Elfki. Udałem, że przełknąłem ślinę, bo zaschło mi w gardle. - Ja nie mogę... Nie mogę się do niej upodobnic, nie mogę tak porzucic czegoś, co jest częścią mnie... Zrozum. - Wstałem i spoglądałem w ogień. - Nie mogę tak po prostu tej małej zignorowac. Matko, nawet nie wiem, jak ma na imię...
Nienior. - westchnęła cicho - Opłakujaca. Co chcesz zrobić? - spytała, gdy ja położyłem się na jej kolanach. Czułem się jak na dłoniach matki. Mimo, że nie kochała mnie najmocniej, mimo, że traktowała mnie jak rzecz. Dalej pozostawała moją rodzicielką. Nieregularne odstępy zaczęły przerywac mój oddech, chciałem płakac, chciałem, ale nawet para z łzy nie uleciała.
-Ja... Nie mogę pozostac obojętny, nie mogę tak jej porzucic. Po prostu... - Brakowało mi słów. - Nie mogę. To żywa istota, jeszcze taka młoda i pełna życia, ma wspaniała przyszłośc przed sobą. Nie chcę, żeby jej imię zgrało się z jej życiem. Chciałbym... -Zawahałem się, nie mogę jej stracic, ani jednej ani drugiej. Obie są ważne, najważniejsze w moim popieprzonym życiu, prędzej sam się zabiję, niż którąkolwiek stracę. - Muszę się nią zaopiekowac... - Spojrzałem głęboko w oczy Alurne, albo teraz mnie zabije i odejdzie, albo postara się mnie zrozumiec...
-Rozumiem, jesteś za nią odpowiedzialny i rozumiem twoje intencje. - Spojrzałem na nią zszokowany
-Więc nie masz nic przeciwko? Tak po prostu mi... pozwalasz? - Uśmiechnęła się i pokiwała głową, gładząc się po brzuchu, aha... Dobra, czaję, subtelna aluzja. - Wiesz... Ulżyło mi. Tak wiele od ciebie wymagam, tyle cierpliwości i poświęceń, a w zamian daję jedynie moje serce... Kocham cię.
-Widzisz, nie jestem z kamienia i rozumiem wiele, na prawdę wiele, chociaż matka mi się za cholerę nie podoba, dziecko nie ponosi w najmniejszej mierze winy. Więc śmiało, nie musisz się o nic martwic.
Zaśmiałem się i zerwałem na równe nogi. Złapałem ją w kolanach i na łopatkach, po czym zacząłem się obracac. Serce znowu ruszyło, pompując krew. Czułem tak wielką radośc, że moja skóra zdawała się pękac. Śmiałem się i ciągle spoglądałem w oczy mojej anielicy. Słowa nie były w stanie wyrazic tego co czuję, więc jedynie się uśmiechałem, kładąc ją na łóżku.
-Czuj się, jak u siebie, bo zaiste u siebie jesteś. - Ukłoniłem się, po czym wyszedłem na taras. Po chwili do mnie dołączyła, tuląc się do mojego ramienia. W domu naprzeciw, zauważyłem małą buzię, śmiejącą się do mnie, Neinor. Radośc nie schodziła z jej twarzy, ciągle czułem, jak rośnie we mnie żądza spotkania się z nią i porozmawiania. Moje dziecko będziesz miała ojca, o jakim do tej pory, mogłaś tylko śnic, masz moje słowo.
07-03-2012, 19:25
Post: #148

RE: Gra
Stałam przy Elthirze. Widziałam małą. Uśmiechnęłam się do niej szeroko i pomachałam.
- Nie powinna nazywać się „Nienior”, tylko „Sirore”. – Spojrzał na mnie. – To imię bardziej by do niej pasowało. – Zdziwił się, ale chyba nie chciał ciągnąć tematu. Staliśmy chwilę i patrzyliśmy na małą, na budynki dokoła. – Coś nie tak? – spytałam kiedy objął mnie jakby bał się, że zaraz ucieknę, albo zniknę. – Nigdzie się nie wybieram. Spokojnie. – zaśmiałam się. – Zostanę na długo. Możliwe, że na zawsze.
- Ale widzę, że ktoś grzebał już w szafie. – Fakt, nie miałam własnych ubrań, prócz tych na sobie. W sumie są one wygodne, ale zazwyczaj noszę luźniejsze kiedy jestem w domu. Obróciłam się dokoła. – Niebieski mocno podkreśla twoje oczy, wiedziałaś o tym?
- Niebieski był kolorem mojego ojca. – zaśmiałam się, wyciągając z pod spodu medalion. – Zobacz. Łuski tego smoka mienią się na niebiesko. – śmiałam się jak dziecko.
W sumie do końca dnia minął nam czas na wesoło. Klienci przychodzili do sklepu. Elthir wydawał się taki inny. Taki bardziej wesoły. Przejrzałam wszystkie zioła jakie mieli na składzie. Sporządziłam listę tych, które przydałyby się do sporządzenia lepszych mikstur. Tak, po te trzeba będzie wyruszyć w góry. Ogród za domem był piękny, chociaż Elthir zapewniał mnie, ze kiedyś był piękniejszy. Zioła ślicznie pachniały, aczkolwiek niektórych z nich bym nie sadziła tutaj. Stwierdzałam jednak, że przemilczę to. Jestem dopiero pierwszy dzień, a już chcę się szarogęsić. Usiadłam nad oczkiem. Tak, woda uspokaja. „Alrune!” – usłyszałam krzyk w głowie i w tej samej chwili wielka, czarna kula uderzyła we mnie. „Mor. – zaśmiałam się, tarmosząc go. – Jak tu wszedłeś?” „Strażnicy nic nie zauważyli. To było łatwiejsze niż wejście przez bramę w stolicy. – wywalił jęzor zadowolony. – Czyli to nasz nowy dom?” Kiwnęłam głową. Na pewno dla osoby postronnej ciekawie ta scena wyglądała, ale jakoś mnie to nie interesowało. „Pomieszkamy tu jakiś czas. – zaśmiałam się. – Dłuższy czas.” „Czyli koniec przygód? Teraz się roztyjesz i rozleniwisz?” – spytał drwiąco. „Nic z tych rzeczy. – zaprzeczyłam z uśmiechem na ustach. – Nie zamierzam tyć, jak to ująłeś. Chociaż w najbliższej przyszłości zapewne troszkę tak.” Przysunął się do mnie i ułożył łeb na moich kolanach. Siedzieliśmy tak, jak zawsze zwykliśmy kiedy wracaliśmy do domu. W ogrodzie. Razem. Cóż, do tej pory był jedyną osobą jakiej byłam w stu procentach gotowa zaufać. Zwykły wilk. Poczułam, że ktoś kładzie mi rękę na ramieniu. Obróciłam się powoli.
- Nienior. Co ty tu robisz? Mama będzie się o ciebie martwiła. – powiedziałam z naganą. Mor usiadł i patrzył na nas z boku. – A jak zobaczy mnie z tobą to będzie jej przykro.
- Przyszłam do pani, bo pani umie czarować i mnie wyleczyła. Chciałabym się tez nauczyć leczyć. – Spojrzałam na nią z uśmiechem. Nie będzie w stanie opanować leczenia na takim poziomie, ale mogę ją nauczyć robić mikstury. – Mama mówiła, że pani jest zła, ale jak ktoś kto pomaga może być zły?
- Nie wiem. – zamyśliłam się na moment. Mała podeszła do Mora i zaczęła go tarmosić. „Mor nie waż się ją ugryźć.” Warknął na mnie w myślach. – To jest Mor. Nie lubi tarmoszenia. Głaskaj go delikatnie i podrap za uchem. – powiedziałam spokojnie, podchodząc do niej i pokazując gdzie i jak ma głaskać. – Widzisz, podoba mu się. – Wywalił zadowolony jęzor. Przewrócił się na plecy i domagał głaskania po brzuchu. Mała śmiała się i głaskała go. Usłyszałam po chwili, że ktoś stoi za mną. – Elthir. – powiedziałam wstając. Mała spojrzała na niego z uśmiechem. Podbiegła, wyciągnęła dłoń.
- Jestem Nienior. – powiedziała. – Mieszkam w tamtym domie. – pokazała na swój dom. – A pani Alrune mnie nauczy leczyć. – zadowolona z siebie wyszczerzyła białe ząbki.
- Miło mi, Nienior. Jestem Elthir. – powiedział z uśmiechem, chwytając jej dłoń. Widziałam, że jest bardzo szczęśliwy. – Mama wie, że tu jesteś?
- Nie. Mama nie wie. Mama teraz poszła na targ i jej nie ma, a dziadek śpi. – wyjaśniła spokojnie.
- Nienior. – powiedziałam poważnie. – Myślę, że powinnaś wrócić do domu. Dziadek z mamą będą się niepokoić. – Spojrzała na mnie smutno. – Przyjdź jutro, ale wpierw powiedz komuś z dorosłych gdzie idziesz i do kogo. – Pokiwała głową ze zrozumieniem. – I nie mów, że idziesz do mnie. Mów, że idziesz do Elthira wtedy twoja mama na pewno się zgodzi na wizytę. – Zaśmiała się. Jest bardzo ładna w sumie. Patrzyłam jak Nienior idzie do siebie. W sumie najlepiej byłoby gdybym ją odprowadziła. – Twoja córka jest wyjątkowa, wiesz? – spojrzałam na Elthira. Stał zapatrzony w miejsce, w którym przed chwilą stała Nienior. – Elthir, wszystko w porządku? – przysunęłam się do niego, dotykając delikatnie jego policzka. Spojrzał na mnie takim, takim w sumie smutnym wzrokiem. – Przyjdzie. Na pewno będziecie mieli okazje jeszcze porozmawiać wiele, ale to wiele razy.
-Smutne to dni, gdy gubię cię z oczu. Jednak gdy zwrócę się do ciebie, cienie padną za mną. – mówił po elficku. Rozumiem go. To boli. - W porządku. Przyjdzie na pewno, ale wiesz... Czuję się jakbym był jakoś związany, jakby oplotły mnie grube łańcuchy i zmiażdżyły tchawicę. Jak mam jej powiedzieć, że jestem jej ojcem? Cześć skarbie, fajnie że wpadłaś odwiedzić tatusia?
- Sarkazm mógłbyś sobie darować. – powiedziałam, marszcząc nos. – Ona nie jest głupim dzieckiem. Jak przyjdzie czas to jej wszystko powiesz. – patrzył na mnie zdumiony. Nie zamierzałam mu pozwolić użalać się nad sobą. – Teraz nie zawracaj sobie tym głowy. Wszystko będzie w porządku. Zobaczysz.
- Pewnie masz racje. – odpowiedział polubownie.
- Zawsze ją mam. – dopowiedziałam z uśmiechem, przytulając się do niego. – Zawsze mam.

[Obrazek: nikaq.jpg]

Wir wollen dass ihr uns vertraut
Wir wollen dass ihr uns alles glaubt
Wir wollen eure Hände sehen
Wir wollen in Beifall untergehen
Znajdź wszystkie posty użytkownika
07-03-2012, 19:38
Post: #149

RE: Gra
- Carlo, chciałabyś tu zostać? - spytał mnie niespodziewanie Art, podczas gdy przymierzałam wybraną przez niego suknię. Wiedziałam, że zachowałam się jak idiotka, prosząc Arli o pieniądze, jednak bałam się wrogiego spojrzenia, które Art posyłał każdemu, kto tylko spojrzał na moje odkryte nogi. Czyżby zamierzał kogoś spalić?
- Carla? - zamyślona zignorowałam jego pytanie, więc zmartwił się.
- Przepraszam, zamyśliłam się. O co pytałeś?
- Czy chciałabyś tu zostać? - powtórzył. Ba, dobre pytanie! Szkoda, że nie miałam pojęcia, co odpowiedzieć...
- Ja... Nie wiem... Tu jest pięknie, wspaniale... Często tęskniłam za takim miejscem... Ale... - nie wiedziałam, co powoduje moje wątpliwości, zaniemówiłam więc.
- Kochanie... co jest? - dopytywał, wyraźnie zaskoczony i zmartwiony.
- Nie wiem. Chyba... muszę się przejść... Nie gniewaj się, ale chce chwilę pobyć sama, pobiegać w lesie, przemyśleć... - jęknęłam zmieszana.
- Dobrze, jak chcesz... Poczekam na Ciebie przed bramą.
- Nie czekaj, poszukaj lepiej Alri i Elthira. Nie mam pojęcia, ile mi to zajmie. Raczej zbyt szybko nie wrócę...
- Tylko uważaj proszę na siebie... - mruknął jeszcze, gdy już pędem zmierzałam w stronę bramy.

Byłam już w lesie. Sama nie wiem czemu, ale strasznie chciało mi się płakać. Przebiegłam jeszcze kawałek, wreszcie opadłam na zwalone drzewo. Łzy strumieniem opuściły moje oczy. Głęboki szloch wstrząsał moim ciałem, a ja nawet nie wiedziałam, co tak właściwie go powoduje... Czyżbym nie była gotowa na powrót do towarzystwa? A może to perspektywa związku mnie przerażała?
Nagle dostrzegłam pięknego konia. Szedł wolnym, acz niespokojnym krokiem, cały objuczony. Wstałam, by złapać wierzchowca. Dostrzegłam bowiem strzałę tkwiącą w jego boku.
- Spokojnie... pomogę ci... - szepnęłam łagodnie. Jak zwykle, zwierze zaufało mi, podeszło. Tak piękny, a z tak smutnym spojrzeniem!
- Pomogę... Poczekaj tu... - mruknęłam jeszcze. Szybko rozejrzałam się i korzystając z pomocy innych zwierząt, znalazłam potrzebne mi zioła. Szybko, korzystając ze swych umiejętności przygotowałam napój. Podałam go swojemu pacjentowi. Miał działanie mocno oszałamiające. Było to niezbędne, gdyż strzała tkwiła dość głęboko, do tego zdaje się, że już od dość dawna. musiałam pozbyć się jej i wypalić ranę, by pozbyć się zakażeń i paprania. Zrobiłam to dość szybko. Nim koń doszedł do siebie, uwolniłam go od zbędnej już uprzęży. Byłam pewna, że jego jeździec zginął na skutek innych strzał.
Po paru godzinach, zwierze doszło do siebie. Tymczasem ja miałam już wykombinowany plan. Postanowiłam, że nie mogę na razie wrócić do wioski. Chciałam odejść wraz ze swym nowym towarzyszem. Było mi okropnie smutno, wiedziałam, jak zranię Artemisa, myślałam jednak, że tak będzie najlepiej. Zwłaszcza dla niego. Poza tym nie chciałam być wiecznym problemem.

Wreszcie ruszyłam. Koń nalegał, bym go dosiadła, czuł się już całkiem dobrze. Zrobiłam więc tak. Ruszyliśmy. Mój plan obejmował powrót do tej wioski, jednak... kiedyś. Musiałam przecież spotkać się jeszcze z przyjaciółką, by oddać jej swój dług...

Nagle poczułam okropny ból w karku. Stało się to w tej samej chwili, kiedy krew wystrzeliła ze mnie, wypychana ostrzem strzały. Ktoś wstrzelił mi ją w samą tętnice. Czułam, że to już koniec. Zwłaszcza, gdy po chwili zobaczyłam Dorina, biegnącego w moją stronę z mieczem. Jednak on wcale nie wyglądał, jak duch...
07-03-2012, 20:56
Post: #150

RE: Gra
-Tak, a w tej bajce są różowe, nieletnie i wąsate Shaikanki. - Zaśmiałem się krótko, by po chwili złapac oddech, po ciosie Alurne. Miała rację, kiedyś jej powiem, kiedyś... Teraz, cieszę się z tego co mam. - No dobrze, wygrałaś! - Wstałem z ziemi i odsunąłem się od oczka wodnego, które omal nie stało się moją wanną.
Dzień zbliżał się ku końcowi, słońce zachodziło nad dachami budynków, tworząc niewielkie snopki, gdy przeciskało się przez jakieś szpary. Usiadłem obok niej, obejmując ramionami. Chciałbym tak siedziec całą wiecznośc, czekając na koniec świata. Jednak robiło się coraz chłodniej i musieliśmy wracac do środka. Chłopak przekręcił szyld i oświetlił go kulami światła, po czym ukłonił się i wyszedł. Dzisiaj nie było wielu klientów, ale wreszcie czułem, że robię coś pożytecznego. Jednak umiejętności nekromanty się przydają, gdyż da się wyczuc życie i wszelkie urazy ciała. Westchnąłem ciężko, trzeba będzie przygotowac pokój dla pociech. Gdzie będzie im najlepiej? Chyba obok łazienki na górze, blisko do toalety i w sumie przestronny ten pokój. Tak, jutro, albo w przyszłym tygodniu go wyremontuję i zakupię odpowiedni sprzęt. Pewnie mają coś na targu. Nagle, do środka wpadł Artemis, cały zalany potem. Był smutny i zdenerwowany, nerwowo ruszał palcami u dłoni.
-Witam, więc to tutaj mieszkacie? Mała ta chata.
-Ma jeszcze piętro, rozejrzyj się. Gdzie jest Carla?
-Ona... Poszła porozumiec się z naturą. - Spuścił głowę. - Mówiła, że nie wróci prędko. Chyba jest lekko zakłopotana tym. - Objął spojrzeniem cały dom i jeszcze ulicę. - Tym wszystkim, chyba czuje się nieco... Osaczona.
-Rozumiem... Jednak bez niej niczego nie wskóramy. - Alurne, jak zwykle rzeczowa. - Gdzie idziesz?
-Ja... Muszę się przejśc, wybacz słonko. - Uściskałem ją i mocno wycałowałem. - Wrócę niebawem.
Uśmiechnęła się i wzięła ode mnie Virdora. Mały ziewnął przeciągle, pewnie niedługo uśnie. Wyszedłem na zewnątrz i wziąłem głęboki wdech. Zarzuciłem kaptur na głowę i popędziłem w dół drogi. Droga w sumie się nie zmieniła, tylko kilka budynków przy niej. Jednak ta "Stara Latorośl" ciągle stała niezmieniona. Może nieco odnowiona, ale specyficzne winogrona dalej rosły. Magiczna odmiana, wzmocniona i bardziej tolerując mróz, przez co kwitnie cały rok. Zerwałem dwie kiście i wszedłem do środka. Nic się nie zmieniło. Przestronna izba, pełna okrągłych stołów, po brzegi wypchanych goścmi i posiłkami. Pod sufitem wisiał nowy, kryształowy żyrandol, pełen magicznych świateł, karczmarz musiał nieźle się wykosztowac, a swoją drogą, ciekawe czy ciągle ten stary dziadyga Drel, jest ciągle właścicielem. Nagle, usłyszałem jak ktoś mnie woła po imieniu. Arden machał do mnie ręką, zapraszając do stolika. Siedział z jakąś kobietą, elfka, jak on, brunetka w czerwonej sukni wieczornej, kilka pierścieni zdobiło jej palce, a szyję złoty naszyjnik. Uśmiechała się, popijając wino z lampki. Podszedłem do nich, ściągając kaptur i usiadłem obok nich, wcześniej jednak, ucałowałem dłoń niewieście, jak to kultura wymaga.
-No, widzę że ogólnie się nie zmieniłeś. Zawsze ta kultura, szacun gościu.
-Widzisz, ja również cieszę się, że nie zmieniłeś się ani trochę, chociaż może się mylę? - Spojrzałem znacząco na elfkę, a jej złote oczy uważnie mnie ilustrowały. - No to opowiadaj, co tam u ciebie?
-A widzisz, uprzedziłeś mnie skubańcu, zawsze miałeś do tego smykałkę. - Wypił trochę wina. - Więc słuchaj...
-A teraz, drodzy państwo, zapraszamy na parkiet wszystkich zakochanych! - Orkiestrowy trubadur chyba za mocno zaszalał, bo zachowywał się, jakby był na weselu. Chociaż... Jakoś dziwnie wyglądały tu te białe wstęgi i kwiaty na nich zawieszone, no a ta mina Ognistego palucha jeszcze dziwniej.
Nagle, karczmarz, ten sam staruch, który obsługiwał nas przez lata, podszedł do nas i podał Ardenowi i jego towarzyszce wielki tort. Był w kształcie porwanego na strzępy ducha, którego kobieta łatała kwiatami... Spojrzałem znacząco na mojego przyjaciela. Wzruszył ramionami i podał mi kawałek tortu.
-Arden, czy ty...
-Tak, witaj na moim weselu chłopie, oto i moja małżonka. Poznaj proszę Larniel Kririe {Delikatna Dłoń}. Poznałem ją, jak wyjechałeś i muszę przyznac, że jesteśmy dla siebie stworzeni.
-Cieszę się twoim szczęściem. - Nieźle do siebie pasowali, chociaż jej za dobrze nie znałem.
-Zaprosiłem całą naszą klasę na zabawę, oprócz ciebie. - Zrobiłem zdziwioną minę, wprosiłem się na cudze wesele? No pięknie. - Ale wiesz, ty to jesteś gośc honorowy, mój najlepszy kumpel, więc zaproszenia masz od wesela po stypę. - Nagle, podniósł się i uniósł tulipana. - Panowie i panie, drodzy goście i szanowna orkiestro karczmarza. Chciałbym wznieśc toast! - Uśmiechnął się do mnie znacząco, w mordę... Ja ciebie zabiję, jeśli zrobisz to o czym myślę. - Chciałbym wypic zdrowie mojego najlepszego kumpla, najwierniejszego towarzysza i pomocnika, jakiego kiedykolwiek dane mi było poznac. - Tak, on to zrobi, ja go zwyczajnie zatłukę. Jego żona spojrzała na mnie, chwytając mnie za dłoń, błyskawicznie się odsuwając. Widziałem, że jest zaskoczona i jednocześnie przerażona, ale na szczęście Arden nic nie zauważył. - Wypijmy zdrowie mojego przyjaciela Elthira Ska'rira! Najbardziej znamienitego gościa, jakiego nosi ziemia! Twoje zdrowie. - Dodał cicho, a karczmarz dał mi to co zwykle, wytrawne wino z czarnego winogrona.
-Cóż, chyba wypada, żebym dodał kilka słów od siebie. - Wszyscy zebrani skupili na mnie wzrok. - Wiele lat spędziliśmy w tej samej szkole, wiele lat wspaniałej przyjaźni i znajomości. Jedne z najlepszych chwil mojego życia. Nie jestem w stanie zliczyc, z ilu tarapatów mnie wyciągał, ani tym bardziej takich, w które mnie mieszał. - Cała sala przeszła falą śmiechu, chociaż ja czułem się jakbym był rozciągany na madejowym łożu. - Jednak życzę mu jak najlepiej i mam nadzieję, że będziesz żył wiecznie, jak na elfa przystało, a w międzyczasie spłodzisz mężnych synów i piękne córki. Twoje szczęście, jest naszym szczęściem, twoje zdrowie.
Wychyliłem cały kufel, po czym stuknąłem nim głośno o stolik. Wszyscy głośno zakrzyknęli, po czym orkiestra wznowiła grę. Zagrali - "Łobuza" - Para młoda właśnie wyszła na parkiet. Ja siedziałem, bo nie miałem z kim zatańczyc, ale nagle, drzwi do karczmy się otworzyły, a w progu stanęła Salrina. Ubrana w przepiękną, czerwoną suknię, przyozdobioną kwiecistymi wzorami, wyszytymi srebrną nicią. Uśmiechnęła się i ruszyła przed siebie, wprost do pary młodej...
Wątek zamknięty 


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości