Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl

Wątek zamknięty 
 
Ocena wątku:
  • 0 Głosów - 0 Średnio
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Gra
07-04-2012, 16:53
Post: #151

RE: Gra
(Artemis)
Czułem niepokój. Carla stanowczo zbyt długo nie wracała. Minęła już ponad doba! Niepokój to jednak niedomówienie. Ja zwyczajnie panikowałem! Musiałem coś zrobić, choćby tak dla pewności. Wyszedłem więc do niewielkiego ogrodu Elthira. Dotknąłem ziemi, a kiedy moja skóra się z nią zetknęła, poczułem porażający ból w szyi. Już wiedziałem, że coś się jej stało. Niestety, nie umiałem jej namierzyć. Wiedziałem tylko, że jest dość daleko, wiedziałem, że umiera...
- Alrune! - krzyknąłem zrywając się z ziemi. Była w pracowni, akurat rozmawiała z jakimś pacjentem, jednak mnie to wcale nie interesowało. Chwyciłem ją i wyciągnąłem na zewnątrz, odrowadzony zaskoczonym spojrzeniem starszego elfa.
- Alrune, musisz mi pomóc! Carla ma przebitą tętnice szyjną. Wiem, że jest jakieś smocze zaklęcie, dzięki któremu mógłbym wysłać jej na pomoc duchów przodków. Błagam, powiedz, że je znasz!
- Co. Znam, ale... nie potrafię, nie jestem smokiem... - zająknęła oszołomiona.
- Ale ja jestem. Szybko, powiedz mi co mam zrobić!
07-04-2012, 17:26
Post: #152

RE: Gra
- Moglibyśmy spróbować, ale nie wiem czy zadziała. Carla nie jest Shaikanką. To nie będą jej przodkowie, tylko twoi i moi. - zamyśliłam się. - Jak daleko jest? Co wyczułeś? - spytałam. Nie mogłam ryzykować zaklęcia. Jest zbyt skomplikowane i za dużo rzeczy jest niepewne.
- Kilka mil od miasta. W sumie nie daleko. - wyglądał na przerażonego. - Alrune...
- Spokojnie. Trzeźwa analiza, Artemis. - Spojrzał nam mnie z furią. - Mogę jej teraz przekazać Mocą, że do niej idziemy, a raczej biegniemy.
- To ruszajmy. Na co czekamy? - pospieszał.
- Artemis. Logika. Nie pośpiech. Musze wziąć kilka ziół. Ruszamy za 5 minut. - Patrzył na mnie uradowany. Wyprosiłam elfa, szybko zgarnęłam kilka rzeczy do torby, chwyciłam miecz. Teraz muszę się skupić. "Carla! Carla, idziemy do ciebie z Artemisem. Nie panikuj. Spokojnie. Zaraz tam będziemy." Elthir nie wracał. widocznie jego przyjaciel bardzo dużo i długo potrafi rozmawiać. Wyszłam ze domu zamykając go za sobą. - Mor zostanie. Pobiegniemy. - Artemis spojrzał na mnie dziwnie. - mam w sobie krew samego Ura, więc jestem bardziej wytrzymała niż jakiś przeciętny Shaikanin. Pójdziemy tylko na moment do karczmy. Nie chcę, żeby Elthir się niepokoił. - Pokiwał głową ze zrozumieniem. Doszliśmy do karczmy, pchnęłam drzwi i weszłam do środka. Rozejrzałam się. Cóż, widok tego co zobaczyłam mnie zamroził. Nie z tego powodu, że było to wesele, ale z tego kto był z Elthirem. Poczułam palenie w piersi. Taki dziwny ból w sercu. Stałam jakby ktoś mnie teraz zaczarował, unieruchomił. Nie mogłam nic powiedzieć, ani zrobić kroczku. Salrina. Po chwili mój wzrok napotkał wzrok Elthira. Nie, nie zamierzałam dłużej tu zostać. Odwróciłam się i wyszłam z Artemisem.
- Nie miałaś mu powiedzieć gdzie idziemy?
- Nie. - ucięłam krótko. - Ruszajmy.
Biegliśmy przed siebie. Szybko jak na złamanie karku. Carla mogła w każdym momencie umrzeć. Nie chciałam jej stracić. Była moją przyjaciółką. Czułam rozpacz Artemisa. Tak, kocha ją prawdziwie. Westchnęłam. Poczułam, że łza spływa mi po policzku. nie, teraz nie czas na sentymenty.
- Jesteśmy już nie daleko. - powiedział Artemis. W sumie miał racje. Poczułam krew. Przyspieszyłam kroku. - Carla. - podbiegł do niej. Byłą ledwo przytomna. Podniósł ją delikatnie.
- Nie wyciagaj strzały. Jeszcze nie. - powiedziałam szybkko, siadając obok. Wyciągnęłam jeden flakonik i wylałam na ranę Elfki. Teraz nie powinna tak bardzo krwawić. - jak tylko zacznę leczenie, masz szybko wyciągnąć drzewiec. Zaboli, ale nie mamy innego wyboru. Na trzy. Raz. Dwa. Trzy. - Szarpnął strzałę a ja zaczęłam szeptać wszystkie znane mi formułki. zasklepiać poszczególne rany, odbudowywać zniszczone komórki. Czułam ból Carli. Ledwo mogłam mówić. W końcu udało mi się ją uzdrowić, ale nadal nie wyglądała najlepiej. - Więcej jej już nie pomogę. Straciła dużo krwi. Musi odpocząć. Wracajmy do domu. - zatoczyłam się, kiedy chciałam wstać. - Wybacz. jestem troszkę zmęczona.
- Nie szkodzi. Zmienię się i zabiorę was obie do miasta.
Po chwili stał przed nami w smoczej postaci. Pomogłam Carli wsiąść, sama siadając za nią i przytrzymując ją aby nie spadła. Lot był wspaniały. Taki... taki cudowny. Zazdroszczę Artemisowi tych skrzydeł, tej możliwości wzbicia się w przestworza i szybowania. W końcu wylądował nieopodal bramy miasta. Carla była już bardziej przytomna, ale nie wykazywała chęci rozmowy z kimkolwiek. Zaprowadziłam ich do domu i pokazałam gdzie może ją ułożyć.
- Dam jej zioła na wzmocnienie. Musi odpocząć. - powiedziałam zamykając drzwi. - Zagotuj je i daj napar kiedy ostygnie. Nie jest najlepszy w smaku, ale cóż, pomoże. - poczułam jak mnie obejmuję. - Artemis miażdżysz mnie. Dusze się. - wypuścił mnie. - Rozumiem, że się cieszysz, ale nie musisz mnie zabijać przy tym.
- Wiem, ale jestem taki szczęśliwy. Pomogłaś jej.
- Drobiazg. - powiedziałam z uśmiechem. - Wybacz. Lepiej się położę. Nie mam już dzisiaj na nic siły. Odpocznę może trochę - Jak mi się uda dodałam myślach. - i później do niej zajrzę. - Pokiwał głową i poszedł zrobić napar dla Carli.
Weszłam na górę. W sumie to nie miałam na nic ochoty. Chciałam... chciałam po prostu cofnąć czas, albo żeby ból ustąpił. Weszłam do pokoju. Elthira nie było. Nie zdziwiło mnie to. Poczułam tylko smutek. Położyłam się w ubraniu. Nie miałam nawet siły go ściągnąć. Byłam wyczerpana. Zamknęłam oczy i czekałam na sen, ale on nie nadszedł. Poczułam tylko jak ktoś delikatnie dotyka moje ramie. Otworzyłam oczy.

[Obrazek: nikaq.jpg]

Wir wollen dass ihr uns vertraut
Wir wollen dass ihr uns alles glaubt
Wir wollen eure Hände sehen
Wir wollen in Beifall untergehen
Znajdź wszystkie posty użytkownika
07-04-2012, 18:36
Post: #153

RE: Gra
Cholera, ona tu idzie. Nie, nie siadaj obok mnie, zabieraj się ze swoją kreacją, a poszła no! Chciałem tak na nią nawrzeszczec, ale nie wypada. Poza tym, jako przyjaciółka z klasy, miała prawo tu byc. Szkoda tylko, że akurat do mnie się przysiadła. Jedynie skinąłem głową, na znak, że zanotowałem jej obecnośc. Chyba siedziałem na szpilkach, bo nie mogłem teraz znaleśc wygodnej pozycji. Orkiestra przestała grac i poszła do swojego stolika. Salrina czekała właśnie na to. Gdy tylko młodzi przyszli, zaczęła rozmowę. Całe szczęście, że mnie do niej nie mieszała. Rozmawiała z panną młodą, Larniel, o jakichś wydarzeniach w mieście nad morzem. Podobno jakaś grupa rybaków zaginęła na morzu, a mieli cztery karawele do ochrony. Nie przejąłem się tym zbytnio i skupiłem wszystkie zmysły na ogniu. Płomień w kominku radośnie skakał i przedstawiał różne historie. Nagle, zaczął falowac, co chwilę pokazując inne kształty. Widziałem ryby, koralowce, gady, jaszczurki, kamienne rzeźby, komnaty, popękane skały, a na samym końcu, zobaczyłem Dorina i naszego towarzysza podróży, który zabił Shira. Oboje cierpieli i nagle, ognisty miecz wyleciał z paleniska i zatrzymał się tuż przed moimi oczami. Szybko się odchyliłem, a po chwili broń zniknęła. Sąsiedzi przy stole dziwnie na mnie patrzyli, dopiero po chwili zrozumiałem, że to był tylko wytwór mojej wyobraźni. Zaśmiałem się krótko, po czym wychyliłem łyk wina. Przynosiło ukojenie i czystośc umysłu. Po chwili, orkiestra znowu zaczęła grac, niestety nie ucieszyła mnie ta wiadomośc. Tak jak się spodziewałem, Salrina zaprosiła mnie do tańca, chociaż to może złe słowo. Zwyczajnie mnie wyrwała z krzesła i wrzuciła na parkiet. Dobrze, że to szybka melodia bo nie wytrzymałbym z nią wolnego tańca. Tak przynajmniej, mogłem trzymac ją jak najdalej od siebie. Całe szczęście nic nie mówiła, cieszyła się tańcem, ależ ona depcze po stopach. Wkrótce, muzyka ustała i mogliśmy chwilę odpocząc. Zjadłem kilka chrupiących kwiatów i wróciłem do tańca, na swoją udrękę. Teraz był wolny, więc wtuliła się we mnie, a ja tylko kręciłem się w kółko, zgorszony całą sytuacją.
-Już mógłbyś przestac...
-Jak mogę przestac, gdy wiercisz mi dziurę obcasem i odbierasz oddech?
-Och daj spokój. - Pacnęła mnie w nos. - TO są urodziny Aredna, nie zepsuj mu ich, źle się bawiąc.
-Wierz mi, że bawiłbym się cudnie, gdybym miał kogoś innego do towarzystwa.
Melodia się skończyła, większośc gości wyszła na zewnątrz się przewietrzyc, włącznie z parą młodą. Salrina usiadła obok mnie.
-Dlaczego?
-Dlaczego co? - spytałem - Czego znowu chcesz? Nie dośc ci?
-Dlaczego nie chcesz do mnie wrócic? Co ona ma, czego ja nie mam?
-Ona. - Uniosłem palec, a następnie nasyciłem każde słowo uwielbieniem dla Alurne. - Mnie nie porzuciła, chociaż miała wielokrotnie do tego okazję, ba, nawet obowiązek, ale została.
Elfka zmartwiła się. Wszyscy goście już wrócili, a następna piosenka była grana. Odmówiłem kilku następnych tańców, skarżąc się na lekkie zawroty głowy. Kumpel jak zwykle to podsumował dobitnie twierdząc, że mam słabą głowę, co akurat było prawdą. Niedługo przynieśli suszi i kilkanaście półmisków owoców. Ciągle nie mogłem wyjśc z podziwu, jak on za to wszystko zapłacił? Czas płynął szybko i nawet nie zauważyłem, kiedy wybiło południe. Przez ten czas wyjaśniliśmy sobie z Salriną kilka spraw i wyraźnie odpuściła. Stwierdziła, że nie zmarnuje życia w pogoni za złudą raju, który kiedyś miała, a który bezpowrotnie straciła. Przyznałem jej rację, ale nie wybaczyłem. Na taki dar, musi sobie zasłużyc.
-Więc, opowiedz mi o Nienior. Skoro chcesz rozmawiac, zmieńmy temat na bardziej mi odpowiadający.
-Więc już ją poznałeś?! Co jej powiedziałeś? - Stanęła nade mną, groźnie szczerząc zęby i marszcząc brwi.
-Spokojnie. Wiem tylko jak wygląda i jak się nazywa. Chciałaby pobierac nauki uzdrowicielskie. Jak na trzyletnią dziewczynkę, jest całkiem nieźle rozwinięta. Skąd u niej te srebrne oczy?
-Widzisz... Dziecko nie było do końca rozwinięte. - Spojrzałem na nią dziwnie, ale słuchałem nie przerywając. - Ona... Urodziła się przedwcześnie i nie miała wykształconych oczu. - Zatrzymała się na chwilę, widocznie wspomnienia powróciły. Sam również zacząłem słuchac uważniej. - Do tego jej serca było bardzo słabe i po kilku minutach od narodzin przeżyła zawał. Następne dwa w drodze do pewnego szamana, który zaoferował pomoc.
-Orkowe ścierwo. - Chciałem splunąc, ale nie miałem nigdzie spluwaczki. - Oddałaś nasze dziecko w ręce tego... Brudnego dzikusa? Jak mogłaś... Nie lepiej, żeby zajął się nią jakiś elf? Może i by przeżyła, jakby nic nie widziała od narodzin, nie czułaby straty. - Jej wzrok mówił mi tylko tyle, że nie skończyła, a sama czuła się z tym źle. - Wybacz, ale nie mam miłych wspomnień odnośnie tej rasy. Proszę, kontynuuj.
-Dał jej życie, w zamian za jej moc. - Kilka łez spłynęło po jej policzku. Otarłem je rękawem, po czym złapałem jej dłoń. Nie wiem dlaczego, ale czułem, że ona jest na skraju załamania nerwowego. - Dziękuję. - Przetarła oczy i kontynuowała. - Ten ork zrobił dwie srebrne kule i wsadził jej w oczodoły. Zrobił to tak mocno, że krew trysnęła na mnie. Ciągle mam ślady. - Odsłoniła ramię i pokazał mi ślady po oparzeniach. Czerwone plamy na niemalże nieskazitelnie białej skórze. Chciałem coś wtrącic, ale mi przerwała. - Gdy skończył, stwierdził, że wziął a dużo mocy i zostawia jej jedynie częśc tego, co posiadała. Mała płakała, ale żyła! To się dla mnie liczyło. Dopiero później zauważyłam, że płacze krwią. - Zrobiłem oczy wielkie jak jabłka i wpatrywałem się w nią, szukając kilku psychologicznych oznak, po których mógłbym poznac kłamstwo. Jednak nic nie znalazłem. - Wtedy nadałam jej takie imię.
-Imponująca historia, o ile jest prawdziwa...
-Vil Thereg'hria Kringro, isu ertherne Eseri { Wszystko cokolwiek powiedziałam, jest najszczerszą prawdą. [Elfi dialekt] }
Gdy to usłyszałem, zamilkłem. Nie mogła skłamac, nie w tym języku. Kłamanie wyraźnie odbijało się w jego wypowiedzi, jakby ktoś gryzł piasek. Więc to prawda, moja córka płacze krwią... Na chwilę odpłynąłem i wyobraziłem ją sobie w takim stanie. Po gładkich i różowych policzkach spływały krwawe strugi. Pokręciłem głową i poprosiłem o kontynuację, właściwie jej zażądałem, ale delikatnymi słowami. Dowiedziałem się, że moje dziecko przeżyło trzy lata w stolicy elfów, Mirrend'verthan {Żyjące miasto}. Rosła i rozwijała się, doskonaląc sztukę rzeźbienia dłońmi. Używała domyślnie swojej magii, której chociaż na to wystarczało, co nie powodowało jej mdlenia. Jej dotyk potrafił czynic cuda, rozluźniając mięśnie, nastawiając wybite i złamane kości na właściwe miejsca. Jednocześnie cieszyłem się i byłem smutny. Moje kochana dziecina, jest poważnie chora, chociaż nie przejmuje się tym. No i teraz mam kłopot. Nie chcę dac jej powodów do płaczu, a jeśli powiem jej, że jestem jej ojcem, nawet za dwadzieścia lat, rozpłacze się, a ja to zobaczę. Musze wymyślic coś innego. Nawet nie zauważyłem, jak znowu zapadła noc, a niektórzy, krasnoludzcy goście posnęli po kątach. Ludzie wyszli, zataczając się i padajac co chwilę, zostali jedynie elfowie i ja. Zaczęliśmy bardzo stary obrzęd, mający na celu zapewnic płodnośc i radosc Ardenowi i Larniel. Polegał on na kolejnym wypowiadaniu i potwierdzaniu przysiąg przez małżonków, w elfim dialekcie. Gdy skończyliśmy, a tradycyjna waza w kształcie elfiej pary zapełniła się krwią narzeczonych, większośc gości poszła na górę, zarzyc snu. Zostałem tylko ja, Salrina, Ardin Larniel, oraz kilku członków ich rodzin. Miałem wychodzic, ale moja była zatrzymała mnie. Podeszła do mnie i zaczęła szeptac do ucha.
-Elthir, rozumiem, że masz inną, rozumiem, że zraniłam cię dogłębnie. Rozumiem, że już do mnie nie wrócisz. Jednak zrozum, że jestem Elfką, kocham długo i równie długo cierpię. Jeśli jednak moje cierpienie może spowodowac radośc mej córki, to jestem w stanie się poświęcic. - Zrobiłem zdziwioną minę. Zapytałem, o co jej chodzi, czego chce. - Jeśli Nienior, ma byc szczęsliwa, spotykajac się z tobą i tą... - Zatrzymała się na chwilę, odwracając głowę. - Kobietą, to niech tak będzie. Moje dziecko jest ważniejsze ode mnie. Jednak musisz mi wybaczyc. Po prostu musisz.
- A jeśli nie? - Spuściła głowę i zakryła twarz włosami.
-Wtedy odejdę i nigdy więcej jej nie zobaczysz.
Przeszyła mnie tą wiadomością na wskroś. Ja, miałbym więcej nie widziec... Nigdy więcej jej nie zobaczyc? Nawet z Virdorem i trójką następnych pociech, nie dałbym rady zapełnic pustki w sercu, jaka by powstała. Pokiwałem głową, zaznaczając, że się zastanowię. Wtedy, rzuciła się na mnie, wyściskała, po czym cofnęła się o krok, zawstydzona. Obejrzałem się za siebie i zobaczyłem Alurne i Artemisa. Stali chwilę w drzwiach, po czym wyszli.
-Muszę iśc. - Rzuciłem krótko i wyszedłem.
Nie widziałem nigdzie mej lubej, przeszedłem pół miasta i nawet nie zauważyłem żadnych śladów. ALurne, gdzie jesteś? Posmutniałem, wróciłem do domu. Chyba nieźle się wkopałem. Otworzyłem drzwi i poczłapałem na górę. Mor spoglądał na mnie dziwnie, przekręcając co chwilę głowę. poszedłem do pokoju dla dzieci. Padłem na łóżko, ale nie mogłem zasnąc. Po całej wieczności usłyszałem, że ktoś wszedł...
07-04-2012, 19:37
Post: #154

RE: Gra
Dorin zniknął. Zamiast niego widziałam smoka... Nie, wiele smoków... Byłam pewna, że żadnym z nich nie był Artemis... Dziwne... podlatywali do mnie, ranili drzewa, a ich żywica kapała na moją ranę. Chuchali, a w gorącym powiewie rosa krystalizowała się. Tworzyła skorupę. Ratowali mnie.
Leżałam tak, bardzo osłabiona, lecz wciąż żywa. Nagle usłyszałam szelest. Ktoś biegł w moją stronę. Wreszcie znaleźli się w zasięgu mojego przytępionego wzroku. Artemis i Alri rzucili się z pomocą. Zamknęłam oczy. Nie chciałam widzieć, czuć bólu, który sprawiał Artowi widok mnie w takim stanie. Szybko odpłynęłam w niebyt. Jednak byłam bardzo, ale to bardzo słaba...
Po niedługiej chwili, nieco wzmocniona siedziałam już na grzbiecie przemienionego smoka. Alrune siedziała ze mnę, pilnowała, bym nie spadła. Jakoś się trzymałam... O ile można tak nazwać zaczepienie omdlałych rąk o łuski Artemisa.

Ocknęłam się na poduszkach. Czyżbym w locie znów straciła przytomność?
- Carla? - dotarł mnie szept. Głos Artemisa zdradzał wszelkie jego myśli. Nie miałam już wątpliwości, że potwornie się martwił.
- Carla? Kochanie, słyszysz mnie? - spytał, delikatnie głaszcząc moją twarz.
- Taaak. - jęknęłam wreszcie. Bałam się. Sama nie wiem, czego, ale się bałam. Może to przez świadomość, jak bardzo zranię go, gdy odejdę?
- Już dobrze. Wszystko będzie dobrze. Nic ci nie będzie... - uspokajał mnie, choć sam potrzebował tego znacznie bardziej.
- Wiem, dziękuję... Przepraszam cię...
- Ćśśśś... Nie masz powodu, by dziękować, a tym bardziej przepraszać. Proszę, wypij to. Poczujesz się lepiej... - podał mi jakiś płyn. Posłusznie wypiłam, choć najchętniej wyplułabym co do kropli. Po zapachu poznałam z których ziół stworzony został ten wywar. Tak, często go przyrządzałam... Dopiero teraz zrozumiałam, czemu akurat to wszystkie zwierzęta usiłowały wypluć. Fuj!
- Art... Nie rozumiesz... Uciekałam, planowałam was opuścić, odejść... Przepraszam... - powtórzyłam. On jednak uznał to za moje omamy, nic nie znaczący bełkot.
- Spokojnie. Śpij, odpocznij... Gdy będziesz czuła się już dobrze, porozmawiamy... - mruknął, podnosząc posłanie, na którym byłam położona. Zaczął nim kołysać, jednocześnie nucąc piękne, nieznane mi melodie. Musiały to być jakieś smocze kołysanki, bo już po chwili moje powieki stały się nieznośnie ciężkie. Nim zdążyłam powiedzieć cokolwiek więcej, usnęłam.
07-05-2012, 19:14
Post: #155

RE: Gra
To był tylko sen. A może chciałam żeby ktoś mnie obudził? Poczułam smutek. Duży smutek. Chciałam żeby ktoś mnie objął i przytulił. To co widziałam. Wstałam szybko, zaciskając pięści. Jak ja nie lubię tej elfki. Jak ja jej nie znoszę. Mam ochotę zrobić sobie wzorem orkowych plemion naszyjnik z jej zębów i wyłupić oczy. Szlag by to. Usiadłam na łóżku, obejmując dłońmi podciągnięte kolana. Wstałam. Chciałam się napić wody, albo cokolwiek. Nie mogłam spać. Nie miałam ochoty, a może siły na sen. Nie chciałam żeby mój mózg pokazywał mi podczas drzemki tamten widok. Wyszłam na zewnątrz, na korytarz. Zobaczyłam, że drzwi jednego pokoju są uchylone. Cicho podeszłam do nich i uchyliłam bardziej je. Stałam i obserwowałam Elthira, jak spał, a może nie. Nie wiem. Weszłam po cichu i stanęłam obok łóżka. Wrócił przed nami? Czy później? Co się wydarzyło? I najważniejsze: jakie miał wytłumaczenie? Obudzić go? Nie. Lepiej nie. Ukucnęłam koło łóżka i patrzyłam na jego twarz. Zastanawiające, co takiego sprawiło, że się nim akurat zakochałam. Nie mam pojęcia.
Powoli otworzył oczy. Patrzyłam na niego, lekko się uśmiechając. Odpowiedział tym samym, po czym szybko zerwał się na równe nogi i mocno przytulił.
- Elthir. – powiedziałam cicho. Brakowało mi tchu. – Dusisz mnie.
- Myślałem, że odeszłaś. – ścisnął mocniej. Jak tak dalej pójdzie to odejdę na zawsze.
- Duszę się. – ledwo wychrypiłam. Puścił mnie w końcu. Nabierałam powietrza achłannie. Czyli jednak ma siłe, tylko wygląda niepozornie. – Nie odeszłabym, bo ci obiecałam to. Na zawsze. – i dodałam z sarkazmem: - Chyba, że masz mnie już dosyć i się ci znudziłam. – zmarszyłam brwi. Ta elfka.
- Chodzi o to w karczmie? – wstrzymałam oddech. – Salrina – Prychnęłam na dźwięk imienia. – opowiadała mi o małej, jej historie. Poprosiła mnie o wybaczenie tego, jak postąpiła w przeszłości. – Ja bym jej nigdy nie wybaczyła. Zrobić coś takiego. To tylko okrutnicy potrafią. – Później rzuciła mi się na szyje i wyściskała. Wtedy ty weszłaś. – Patrzyłam wyczekująco na niego. – Ja nic nie zrobiłem. – patrzył czekając na moją reakcje. Nie wiedziałam co powiedzieć. Jak miałam zareagować? Co zrobić? Tysiąc myśli kłębiło mi się w głowie. – Alrune? – wyrwał mnie z zamyślenia. – Nie chciałem żebyś źle myślała o mnie. Nie zdradziłem cię. Nie potrafiłbym, bo wiem jak to boli. Wiem też jak mogłabyś się poczuć jak zobaczyłaś mnie i ją. Przepraszam. –Przytuliłam się do niego. – To znaczy, że wszystko w porządku?
- Na razie. – powiedziałam przekornie. – Ale nie myśl, że będę zostawała w domu jak jakaś kura domowa, a ty będziesz chodził po karczmach. Rozumiesz? – spojrzałam wyzywająco. – Może i wyglądam niepozornie, ale w stolicy mało osób chciałoby ze mną zadrzeć. – Poczochrał mi włosy. – Hej.
- Tak wiem, wiem. – zaśmiał się. – Następnym razem pójdziemy razem, ale ty pijesz tylko soczek.
- Soczek? – On sobie żartuje. Ja mu dam „ty tylko soczek”.
- Chyba nie chcesz zaszkodzić… - spojrzał na mój brzuch, delikatnie dotykając go dłonią. – dzieciom? Picie alkoholu nie jest wskazane przy twoim obecnym stanie.
- Soczek. – wymruczałam pod nosem sama do siebie. – Ja mu pokażę. Jeszcze zobaczy. Znalazł się strażnik. – Podniósł mój podbródek.
- Nie chcę, żeby były chore. Martwię się. – wyjaśnił. – Wystarczy, że Nienior musiała cierpieć. Nie chcę patrzeć jak inne moje dzieci chorują.
- Rozumiem. – powiedziałam poważnie, odsuwając się od niego. – Wiesz, że kiedy moja mama się dowie to tutaj przyjedzie? – spytałam cicho. – I cóż, ona jest dość eee… ma dziwny charakter. Jest strasznie za tradycją i ogólnie… - Patrzył wyczekująco. – Ona mnie czasami przeraża. Nie tylko mnie, innych też. Ona po prostu tak, a nie inaczej patrzy na ludzi, ale jest miła. Bardzo miła. – powiedziałam na jednym wydechu. Zaśmiał się. – Nie chciałabym żebyś miał o niej złe zdanie. Ona tylko ma taki sposób bycia.
- Z chęcią poznam twoją mamę. – zaśmiał się. – Ale teraz chyba powinniśmy iść spać.
Nie zamierzałam się sprzeciwiać. Poszliśmy spać do swojego pokoju. Zajrzałam jeszcze do Carli. Artemis spał skulony koło łóżka. Nakryłam go kocem. Carla wyglądała lepiej niż kiedy ją przynieśliśmy, ale nadal marnie. Weszłam do sypialni. Elthir już leżał w łóżku. Zaśmiałam się, ścigając ubranie i odkładając je do szafy. Wgramoliłam się pod kołdrę, wtuliłam w bok mojego kochanka i zasnęłam.
Dni mijały nam spokojnie. Nienior przychodziła do mnie na naukę. Cóż, szczerze bardzo szybko przyswajała sobie wiedzę o wszelkich ziołach. Pojętna. Nawet bardzo. Kilka razy zabrałam ją ze sobą, po dłuższej awanturze wpierw z Elthirem, a później z tą elfką, w góry pozbierać zioła.
Pewnego dnia do miasta zawitała osoba, której w sumie się nie spodziewałam zobaczyć. Mama. Przybyła jak tylko dotarła do niej wieść o mojej ciąży. Znaczy, trochę czasu jej to zajęło, bo brzuch miałam wielki jak balon i Elthir żartował sobie ze mnie, że pewnie koło młyńskie połknęłam, ale przybyła. Z całym swoim majestatem. Byłam akurat wtedy na targu. Weszła pewnym krokiem do miasta. Wszyscy dosłownie rozstąpili się przed nią. Ta jej aura dominacji. Zapomniałam już o niej.
- Mama. – powiedziała cicho. Patrzyła na mnie, a ja poczułam się malutka. Taka nic nie znacząc. Inni w koło chyba też tak się czuli. Nagle rzuciła mi się na szyje i zaczęła ściskać.
- Tak się cieszę, że cię widzę. – piszczała mi do ucha. Nie chciała mnie na moment nawet wypuścić. Szła praktycznie trzymając się mojego ramienia, gdy wracałyśmy do domu. – Czyli poznam ojca moich wnuków, tak? Jest w domu?
- W lecznicy. Zaraz go zawołam. Daj mamo, zaniosę ci torbę do pokoju. – chciałam złapać jej bagaż, ale mi go wyrwała.
- Nie, ty nie możesz się przemęczać. – stwierdziła i na tym zakończyłyśmy dyskusje. – zawołaj go. Chcę go poznać i ktoś musi wnieść mój bagaż, prawda? Nie mam stu lat już.
Posłusznie poszłam do sklepu, a mama usiadła na kanapie w salonie. Elthir właśnie dopasowywał leki dla jednego starego elfa. Miał problemy z pęcherzem. Podeszłam do mojego ukochanego, delikatnie dotknęłam ramienia.
- W salonie jest ktoś i chce cię poznać? – Zdawało się, że pyta wzrokiem „kto?”. – Moja mama. Sama nie wniesie swoje bagażu, jak zauważyła, a mi zabroniła.
- Rozumiem. Już idę. – Wróciłam do salonu. Mama siedziała spokojnie. Wyglądała tak jak ją zapamiętałam. Długie jasne włosy, oczy srebrne, takie głębokie i delikatne rysy twarzy, które po niej odziedziczyłam. Usiadłam na fotelu i wspólnie czekałyśmy na Elthira.
- Zaraz przyjdzie. Jeden elf przyszedł po leki na pęcherz. – Spojrzała na mnie dziwnie. – Tylko proszę mamo, nie przestrasz go. Jest jaki jest i go kocham. – Kiwnęła polubownie głową. – Dziękuję.

[Obrazek: nikaq.jpg]

Wir wollen dass ihr uns vertraut
Wir wollen dass ihr uns alles glaubt
Wir wollen eure Hände sehen
Wir wollen in Beifall untergehen
Znajdź wszystkie posty użytkownika
07-05-2012, 20:10
Post: #156

RE: Gra
Szanowna mamusia Alurne raczyła się pokazac. Świetnie, nareszcie wprowadzimy jakąś zmianę w naszym życiu. Przetarłem jeszcze kilkakrotnie zioła i zapisałem receptę elfowi. Jak można byc uczulonym na żurawinę i chorowac na pęcherz? Zdarza się, jeszcze dwa machnięcia i gotowe. Tak, wnieśc bagaże, tylko gdzie ja ją ulokuję? Alurne i ja mamy jeden pokój, dla dzieci jest osobny... Chyba będzie musiała spac w gościnnym, chociaż tam jest małe, jednoosobowe łóżko. Zobaczymy, jak to wszystko będzie, bo nie chcę zrazic do siebie mamy mojej ukochanej. Chwilę się rozmarzyłem, wspominając te specjalne nocne spacery, nad małe jeziorko i podziwianie niebieskich lilii. Po chwili ocknąłem się, gdy elf odchrząknął.
-Przepraszam pana, lekkie rozkojarzenie medyczne. - Podałem mu receptę. - Trzy razy dziennie przez dwa tygodnie, a potem proszę przyjśc na kontrolę. - Dałem mu leki, przyjąłem zapłatę i pożegnałem pacjenta. To chyba ostatni na dziś.
Sprzątnąłem zapocone i brudne ręczniki, wrzucając do kosza na pranie. Poukładałem rzeczy na biurku i wyszedłem z gabinetu. Wszedłem do salonu i zobaczyłem siedem ogromnych walizek, z których widac było fragmenty ubrań. Nieco dalej siedziało moje koło młyńskie, niepewnie się uśmiechające. Zastanowiłem się krótką chwilę, podchodząc do mojego skarbu, jak długo szanowna mamusia planuje zostac. Oczywiście nie chodzi o to, że nie chcę jej tutaj, nawet jej nie znam, jeśli chce może tu siedziec ile dusza zapragnie. Zastanawia mnie tylko, co będzie robic? Ucałowałem moją anielicę, po czym spojrzałem w bok. Siedziała tam wysoka kobieta, ubrana w długą, zielono-białą suknię, w niebieskie wzorki. Jasne włosy miała splecione w trzy warkocze, którymi otuliła się jak szalami. Jednak najbardziej zaciekawiły mnie te srebrne oczy, głębokie, niemalże hipnotyzujące. Teraz już wiem, po kim Alurne ma taki wspaniały narząd wzroku. Ciekawe czy skórę też ma po matce, bo nie wygląda na tak gładką i delikatną jak płatek białego Mirtu. Wypadałoby się przywitac, ale z kurtuazją i elegancją, przecież jestem, co prawda tylko w połowie, ale zawsze elfem. Ukłoniłem się, trzymając dłoń za plecami, po czym pozwoliłem sobie ucałowac dłoń szanownej mamy. Jej kamienne oblicze nie zmieniło się, mam nadzieję, że mnie za to nie zlinczuje.
-Ourigha Meetre Giverin Ne Gritte Pelxirne, Alurne Mitrgna { Nasze spotkanie sprawia mi wielką radośc, Matko Alurne.}
Pierwsze rozmowa chyba nie poszła mi źle, bo odpowiedziała mi krótko, ale z bardzo miłym akcentem, wzajemnie. Następnie wskazała swoje tobołki i "poprosiła" abym zaniósł je do jej pokoju. Cóż, czego nie robi się dla kochanej mamy? Uwinąłem się z tym szybciej niż myślałem, chociaż walizki były cięższe od Mora. Chyba robiłem dobre wrażenie, ale po chwili zobaczyłem, że matka szepcze coś do ucha mojej anielicy. Całe szczęście, że mam dobry słuch po matce, bo jakbym miał po ojcu, nie usłyszałbym nic. "Miły jest i zna elfi język, chociaż myślałam, że wybierzesz kogoś, atrakcyjniejszego." No nie, starałem się jak najlepiej mogłem, dbałem o formę, jadłem jedynie owoce i warzywa, a ona mi wypomina, że nie jestem atrakcyjny?
-Kochana pani...
-Mów mi mamo. - Przerwała mi z uśmiechem. Mam nadzieję, że to się nie będzie często zdarzac.
-Więc, kochana mamo, skąd do nas mama, o zacnym imieniu...?
-Aruel. - Krótko odparła.
-Więc, mamo Aruel, skąd do nas mam przybywa?
-Jechałam tutaj z Frigherstu z Dontonu.
-Toż to szmata drogi, Prawie dwa tysiące mil od stolicy na zachód, zapewne mamusia jest zmęczona. - Alurne pokiwała głową, lekko się śmiejąc. - Podac coś, kawy, herbaty? Alurne, masz na coś ochotę?
-Jeszcze się pytasz?! - Wyskoczyła na mnie ni z tego ni z owego Aruel. Co ja takiego powiedziałem? - Masz wiedziec, czego moja córka pragnie!
-Mamo... - Alurne chciała coś powiedziec, ale została zagłuszona.
-Masz jej to przynosic, zanim o to poprosi! Wyraziłam się jasno? - Pokiwałem głową. - To świetnie. - Zwróciła się do mego skarbu, głaszcząc go po łowie. - Czego moje dziecię pragnie?
Alurne poprosiła o ogórki, natomiast moja szanowna teściowa "poprosiła" o mocną herbatę ziołową. Uwinąłem się szybko, bo wszystko miałem na ladzie. Od czasu dziwnych zachcianek mego koła młyńskiego, zacząłem zbierac najróżniejsze potrawy, od kiszonych ogórków, przez kandyzowane jabłka, a na smażonych skorpionach skończywszy. Wniosłem całą tacę, serwetki, herbatę z ziół i miodową, owe ogórki i trochę miodu, jeśli szanowna matrona sobie zażyczy. Nagle, zobaczyłem, jak Alurne podaje matce dwa srebrne grosze. Zrobiłem zdziwioną minę.
-Nie mówiłam ci? Moja mama jest w stanie przewidywac przyszłośc, raz na jakiś czas, ale jest w stanie. Załorzyłyśmy się, co przyniesiesz do słodzenia, mama stwierdziła, że miód, ja, że nic. Lubisz przecież gorzkie napoje.
Aha, pięknie. No to nieźle, nie dośc, że taka władcza, jeszcze roztacza tą przygniatającą aurę, to jeszcze może widziec przyszłośc. Będzie trudniej niż myślałem. Jednak wytrwam, w sumie, nie ma przecież niczego specjalnego w tym, że matka odwiedza córkę. Może na razie nie powiem jej o sobie wszystkiego? W końcu wiadomośc o moich... Umiejętnościach, mogła by ją zrazic. Tymczasem spijałem nektar oczami, delektując się widokiem mojej anielicy, pijącej letnią herbatę z miodem. Zastanowiłem się chwilę jeszcze. Dawno nie widziałem Carli i Artemisa. Zniknęli jakiś czas temu, chociaż regularnie się pojawiali, to teraz przestali. Dokładnie dzisiaj mieliby zwyczajowo przyjśc w odwiedziny do Alurne. Ja zwykle byłbym zajęty w lecznicy, ludzie, elfów i krasnoludów z dolegliwościami zdrowotnymi nie brakuje. Ciekawe, co się tam stało? Czyżby ktoś jeszcze spodziewał się cudnego potomka? Uśmiechnąłem się mimowolnie.
07-05-2012, 20:50
Post: #157

RE: Gra
Ocknęłam się. Leżałam wygodnie w jednym z pokoi domu Elthira. Wyczuwałam ich obecność w innym pokoju. Artemis natomiast leżał zwinięty koło mojego łóżka. Czuwał. Widząc to westchnęłam ciężko, a kilka gorzkich łez spłynęło po mojej twarzy. Nienawidziłam się za to, co przyszło mi teraz zrobić. Musiałam uciec i byłam już tego pewna.
Ostrożnie, by nikogo nie zbudzić, wymknęłam się z pokoju. Ledwo udało mi się przejść koło Arta. Ocknął się na chwilę, ale usnął ponownie, gdy zapewniłam, że wszystko w porządku. Mieczem obcięłam włosy, by nie przeszkadzały podczas wędrówek. Związałam je ładną wstążką, wyciętą z mojej starej sukni i zostawiłam przy Artemisie. Być może zachowałam się głupio, chciałam jednak zostawić mu część siebie…
Chwilę potem biegłam przez uśpioną wioskę. Przy pomocy zarośli, które urosły na moje żądanie, udało mi się minąć wysokie mury. I już galopowałam ze swym przyjacielem, wprost do bezpiecznego lasu…

Gdy minęło pięć miesięcy, postanowiłam pojawić się na chwilę w wiosce. Musiałam spłacić swój dług u przyjaciółki, a nie chciałam zrobić tego zbyt późno. Miałam okazję zobaczyć jej, wtedy już, pokaźny brzuch. Choć cieszyłam się jej szczęściem, to tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że tylko pełen rok osamotnienia pozwoli mi wyciszyć się dostatecznie mocno, na całe życie zapomnieć o przeszłości. .. Cieszyłam się, gdyż zdołałam uniknąć spotkania z Artemisem. Wiedziałam, że to utrudniłoby mi powrót do lasu. Strasznie za nim tęskniłam, po za tym chciałam podziękować za to, że mój dług u Alri został już dawno temu wyregulowany. Wolałam jednak nie ryzykować i opuściłam mury wioski jak najszybciej.

Minęło już ponad osiem miesięcy od mojej ucieczki. Jednak ja wciąż rozmyślałam o tym dniu, zastanawiałam się, czy zrobiłam dobrze. Świadomość siły uczuć Artemisa nie dawała mi spokoju. Czułam się winna cierpieniu Artemisa. Zadałam je, mimo świadomości siły jego uczuć. Wiedziałam, że naprawdę, szczerze mnie kochał. Od dnia wypadku ze strzałą wiedziałam, że jestem chroniona przez jego przodków. To było dowodem jego miłości. Jego przodkowie nie uratowaliby przecież życia zwykłej elfki. Pewnie jako jeden z ostatnich, jeżeli nie ostatni smok, miał u nich przywileje, wystarczająco silne, by postanowili mnie ocalić...

Jednak nawet świadomość jego uczucia nie była wystarczająca. Czułam, że jeszcze trochę, a pewnie wrócę. Jednak na razie nie byłam gotowa. Potrzebowałam czasu, może roku, na całkowite pożegnanie się z przeszłością. Czas mijał, a ja wszystko sobie porządkowałam. Nie chciałam jednak rezygnować z zaplanowanego czasu. Byłam pewna, że jeśli teraz w pełni się nie opanuję, to będzie się ciągnąć. Chciałam już zapomnieć. Ten czas przeznaczony był właśnie na to.

Minęło już prawie dziesięć miesięcy... Galopowałam na koniu, który, jak się później dowiedziałam, stratował swego poprzedniego pana, po tym jak ten przestrzelił moją tętnice. Zwierze wiernie czekało na mój powrót do lasu, nieopodal bram. Gdy zostawiając Arta z zaledwie króciutkim liścikiem, uciekłam ponownie do lasu, on tam był. Został moim najwierniejszym przyjacielem. Teraz, gdy moje odludzie powoli dobiegało końca, zastanawiałam się, co z nim zrobię? Jednak nie to było moim zmartwieniem. Jak zareaguje Art, gdy wrócę po upływie kolejnych dwóch miesięcy? Czy wybaczy mi rok cierpienia, jaki mu zgotowałam? Nienawidziłam się za to, wiedziałam jednak, że inaczej życie ze mną byłoby dla niego udręką. Jak mogłam być w szczęśliwym związku z nim, gdy serce wciąż pozostawało we wspomnieniach? Musiałam się ich pozbyć i prawie już mi się to udało. Bardzo mnie korciło, by wrócić. Już, teraz, zaraz. Tęskniłam jak oszalała, ponadto bardzo chciałam zobaczyć wreszcie maleństwo Alrune i Elthira.
Czując ten nadmiar uczuć szybko ściągnęłam wodzę. Musiałam odjechać w przeciwnym kierunku! Jeszcze dwa miesiące! Muszę je wytrzymać, nie mogę stracić kontroli nad sobą i wrócić!

(Artemis)
Obudziłem się. Pokój zalany był słońcem. Coś łaskotało mnie po twarzy. Zaskoczony otworzyłem oczy i oniemiałem. Włosy Carli. Wielki ich pęk! Zerwałem się, tylko po to, by odkryć pustą pościel.
- Alrune?! Elthir?! - wrzasnąłem, czując opanowujący mnie strach. Stróżki dymu opuściły mnie wraz ze słowami.
- Co? - odparli razem zza drzwi swojej sypialni. Zrozumiałem. Ona uciekła, a oni nie mieji jeszcze o tym pojęcia. Wybiegłem z domu, wprost do ogrodu. Padłem na ziemie i zacząłem błagać przodków, tak jak uczyła mnie matka. Prosiłem, by mieli ją w opiece, niezliczone razy powtarzałem, jak ważna jest dla mnie. Błagałem, by nie pozwolili jej skrzywdzić, a także by do mnie wróciła.
Robiłem to wtedy i robię nadal. Choć minęło już mnóstwo czasu. Poprzez ziemię usiłuję wyczuć, czy nic jej nie jest. Co jakiś czas wylatuje, by szukać jej w pobliżu. Nie chciałem zabierać jej wolności, a jedynie upewnić się, że jest zdrowa. Jednak nie zobaczyłem jej więcej. Mijały dni, tygodnie, miesiące... A jej nie było... Tymczasem ja nie chciałem uprzykrzać się przyjaciołom, zwłaszcza, że ci powiększali rodzinę. Poszukałem i już po kilku dniach znalazłem piękny dom. Stary i zapuszczony, ale piękny. Zatrudniłem robotników, by zrobili z niego idealne miejsce. Czułem, miałem nadzieję, że Carla wróci i będzie chciała się tu osiąść do tego czasu zapewne wszystko będzie skończone.
Cóż, wielki, piękny dom stał, a ja mieszkałem w nim sam. Już dziewięć miesięcy robiłem to samo - błagałem o jej zdrowie i powrót. Wciąż jednak miałem nadzieję.

Alrune i Elthir oczekiwali dziecka, które miało pojawić się na dniach, a ja coraz bardziej ich unikałem. Pojawiałem się tylko czasem, by sprawdzić, czy mają się dobrze i czy przypadkiem Carla nie dała znaku życia. Popadałem w obłęd. Tęskniłem jak szalony...
07-05-2012, 21:15
Post: #158

RE: Gra
Mama zamieszkała razem z nami. W sumie to nie było tak źle. Nie uprzykrzała za bardzo życia Elthirowi. Od czasu do czasu wtrącała się w prowadzenie sklepu, ale były to raczej tylko drobne uwagi odnośnie mikstur leczniczych. Dała nawet mu swój sekretny przepis na miksturę tysiąca chorób. To był zaszczyt. Nawet ja go nie dostąpiłam.
Pewnego wieczoru wyszłam jak zawsze posiedzieć koło oczka. Elthir kończył swoją pracę w lecznicy, mama piekła babeczki, a ja siedziałam z Morem koło wody. Głaskałam jego futro śmiejąc się przy tym. Przytyło mu się ostatnimi czasy. Nawet bardzo. Zrobiła się z niego wielka kluska. Nagle poczułam ból w dole brzucha. Wilk zerwał się na równe nogi. "Alrune!" "Mor, biegnij po mamę i Elthira. Zaczęło się." Czułam ból. Straszny ból. Chciałam wstać i iść do domu, ale nie mogłam. Przewróciłam się niedaleko drzwi. Po kilku sekundach poczułam, że ktoś mnie podnosi i niesie do sypialni. Elthir. Syknęłam z bólu. Położył mnie na łóżku.
- Idź stąd. Zawołaj akuszerkę. Pospiesz się. - warknęła na niego kiedy chciał zostać przy mnie. - Wynocha. Chcesz żeby one przeżyły i moja córka też, to się zabieraj do roboty? - zatrzasnęła mu drzwi przed nosem, wypychając go na korytarz. Przysiadła przy mnie. - Wszystko będzie dobrze. Już spokojnie. Nie panikuj. Oddychaj spokojnie. Wyrównaj oddech.
Patrzyłam na mamę. Wyrównywałam oddech, ale ból nie ustępował. W końcu do pokoju weszły dwie osoby. Pierwszą była akuszerka, zaś drugą moja przyjaciółka. Nie spodziewałam jej się tu. Nie po tym jak uciekła.
- Carla. - wychrypiałam. Miałam usta już spuchnięte i w sumie miałam tego wszystkiego dość. Podeszła do mnie i złapała mnie za rękę.
- Spokojnie. Już dobrze. Bądź dzielna. - Akuszerka kazała mi przeć. Tak też zrobiłam, ale bolało. Strasznie bolało. W pewnym momencie zdawało mi się, że prawie połamałam palce Carli. Mam wycierała mi pot z czoła. I powtarzała w kółko "dobrze, dobrze. Dzielna dziewczynka". Po kilku minutach usłyszałam kwilenie. Wiedziałam jednak, że to nie koniec. Jeszcze dwójka, a ja już nie miałam siły.
- Dziewczynka. - powiedziała akuszerka podając dziecko mojej matce. - Ale to nie koniec kochanieńka. Przyj dalej. Pozostałe też muszą się urodzić. Przyj. - Parłam z całych sił i po kilku minutach kolejne dziecko urodziło się. Ledwo żyłam. - Chłopiec. Jeszcze raz i będzie koniec. No dalej. Dasz radę.
- Dasz radę, Alrune. - powiedziała cicho Carla dotykając mojego spoconego czoła. - Dasz radę. - Chciałam im wszystkim powiedzieć żeby się wypchały i poszły do wszystkich diabłów, ale kolejny skurcz przeszył moje ciało.
- Oho, z tym chyba nie będzie takich problemów jak z poprzednimi. - powiedziała cicho starsza kobieta. - Przyj z całej siły. - Robiłam jak mi kazała, ale nie miałam już siły na nic. Po chwili usłyszałam płacz. - Chłopiec.
- Alrune. Byłaś dzielna. - mama pogłaskała mnie po głowie. Nagle zaczęłam odpływać. Nie miałam siły już. Po prostu zasnęłam. Słyszałam jeszcze krzyki innych i gorączkową krzątaninę. Mój umysł zarejestrował jeszcze, że ktoś wpadł do pokoju i coś mi podawał do ust. jakiś napój. Jednak nie miałam siły otworzyć oczu.

[Obrazek: nikaq.jpg]

Wir wollen dass ihr uns vertraut
Wir wollen dass ihr uns alles glaubt
Wir wollen eure Hände sehen
Wir wollen in Beifall untergehen
Znajdź wszystkie posty użytkownika
07-05-2012, 22:06
Post: #159

RE: Gra
Do stu diabłów i demonów! Ależ ona była ciężka, w sumie się nie dziwię, trojaczki to w końcu nie w kij dmuchał. Wniosłem ją szybko na górę i położyłem na łóżku. Chciałem ją złapac za dłoń i zapewniac, że wszystko będzie w porządku, bo przecież będzie. Jednak Aruel złapała mnie za kołnierz i niemal wyrzuciła z pokoju, mówiąc coś o akuszerce i zatrzasnęła mi drzwi przed nosem. Oberwałem jednak nimi w owy narząd węchu i cofnąłem się. Szybko zbiegłem na dół, chociaż krew uleciała mi wprost do ust, miała smak cynamonu, nawet o tym nie wiedziałem. Wypadłem na ulicę jak wściekły, wszyscy mieszkańcy spojrzeli na mnie jak na wariata, ale widzieli mnie tylko przez chwilę, bo popędziłem w stronę domu uzdrowień. Tam na pewno znajdę akuszerkę. Wpadłem do środka, przewracając strażników i potykając się o nich, zaryłem głową prosto w biurko przy recepcji. Kobieta za księgą przyłożyła dłoń do mostka i podskoczyła, gdy wpadłem. Przez chwilę nie mogłem złapac oddechu, a gdy to zrobiłem, strażnicy już stali.
-M-M-Moja... Rodzi, potrzebna akuszerka, albo medyczka, albo ktokolwiek... Trojaczki...
Kobieta zamknęła książkę, uderzyła w mały dzwoneczek siedem razy, po czym zapytała się o miejsce. Złapałem ją za dłoń i popędziłem drogą powrotną. Kobieta trzymała swoją czapeczkę i ledwie nadążała. Jednak gdy dotarliśmy, od razu skierowała się do pomieszczenia, z którego dobywały się krzyki. Szanowna teściowa robiła co w jej mocy, aby zmniejszyc ból, wszystkie moje środki przeciwbólowe zniknęły z półek, będę musiał je dorobic, a do tego będę potrzebował kilku rośli rosnących w kryptach, cholerka. Znowu się zacznie, że praktyki jakieś odprawiam, ale dla dobra mej ukochanej i dzieci, nie będę na nic zważał. Szybko wpadłem do gabinetu i zamknąłem się w środku. Mój asystent zajął się chorymi, a ja gorączkowo mieszałem składniki. Przecież po takim wysiłku padnie ze zmęczenia, a ja nie wiem czy nie dostanie zapaści serca. Friterio i Brigdrai były gotowe, ale przecież żeby dojśc do momentu łączenia, potrzeba dwóch dni! Cholera jasna! Coś innego, coś innego... Usłyszałem płacz, małe dziecię płakało, żaląc się na chłód tego miejsca. Zaraz, po co ja to ważę? Przecież mam gdzieś tu już gotową mieszankę. Nie ta szafka, zaraz moment. To się też przyda, Zielony sen, prosta mikstura o właściwościach kojących ból i regenerujących ciało, podczas spokojnego snu. Odłożyłem ją na tacę, a następnie dalej szukałem tych mikstur. Zaraz, gdzie ja ją walnąłem? Kolejny głos dołączył do dysonansu płaczu. Usłyszałem wrzask Alurne. Nie mam czasu, to musi wystarczyc. Chwyciłem buteleczkę i wybiegłem z gabinetu. Mój asystent uśmiechał się, zapraszając kolejnego pacjenta, krótko im wyjaśnił powody mojego dziwnego zachowania, po czym zniknął. Mor leżał przy schodach, wyjąc i skomląc na zmianę. Złapałem po drodze kilka ręczników i wbiegłem na górę. Drzwi były otwarte, a trzeci głos dołączył się do kakofonii dźwięków, gdy byłem w połowie drogi. Wpadłem do środka i zauważyłem, że Alurne odpływa, szybko ją złapałem i podtrzymałem jej głowę, po czym wlałem cały płyn do jej ust. Przełknęła, po czym zasnęła jak dziecko. Usiadłem obok niej, całując ją w czoło. Obróciłem się do reszty osób, po czym zachłysnąłem się śliną.
-Carla? Co się z tobą działo? Gdzie byłaś? Dlaczego tak nagle zniknęłaś? Wiesz jak wszyscy się o ciebie martwili? Artemis bywał tu codziennie, przez ostatnich kilka miesięcy, wypytując się o ciebie. Co w ciebie wstąpiło?
-Wybaczcie, że się wtrącę, ale dzieci potrzebują opieki. Tatusiu, pokaż mi ich pokój i chodź, jeszcze się na coś przydasz. - Aruel złapała mnie, po czym dała do ręki dziewczynkę. Mała płakała, ale cieszyło mnie to. Ważne, że była zdrowa, ba, musiała byc, w końcu sama wybrała sobie rodziców. Nosiłem córeczkę, a chłopców nosiła Carla i matka Alurne. Byłem tak tym pochłonięty, że nawet gdy zasnęła, nosiłem dziecko nadal, nie mogłem się nawet skupic na jej wyglądzie, poza czerwonymi, głębokimi oczami. imię, musisz miec imię... Jak by tu cię nazwac... Muszę uzgodnic to z moją lubą, jej matka gotowa mnie za to zlinczowac.
Zaśmiałem się, po czym wróciłem do noszenia dziecka. Zapadł głęboki zmrok, gdy dzieci już smacznie spały. Ułożyliśmy je w ich pokoju, a akuszerka czuwała nad ich potrzebami, razem z Aruel. Carla i ja, przeszliśmy do pokoju mojego i Alurne. Ja usiadłem na fotelu, a Elfce oddałem łóżko. Niech się wyśpi, rano będzie się spowiadac. Po chwili sen mnie zmorzył, a ja miałem przed oczami moją ukochaną rodzinę. Teraz, wszystko będzie dobrze. Alurne, Elthir, Mor, Aruel, Virdor i trojaczki, widok jak z obrazka. Czuję, jak sen mnie pokonuje, wzywając do krainy wiecznych cudów. Zasnąłem, czekając na kolejny dzień. Nigdy nie sądziłem, że tak bardzo będę wyczekiwał kolejnego powstania Słońca na sklepieniu niebieskim...
07-06-2012, 17:46
Post: #160

RE: Gra
Byłam dość daleko od wioski. Nie zamierzałam wracać jeszcze przez jakiś czas. W prawdzie straciłam kontrolę i szczerze mówiąc nie byłam już pewna, ile czasu minęło, jednak byłam pewna, że muszę jeszcze trochę pobyć sama. Stawiałam, że trwało to już jakoś między ośmioma miesiącami, a dziesięcioma. Teraz jednak… Coś się zmieniło. Czułam to.

I wtedy to się stało. Podbiegł do mnie wilk. Wielkie, czarne bydle – powiedziałby ktoś, kto choć odrobinę mniej ufa zwierzętom niż ja. Pogłaskałam go, a on przekazał mi wieści, z którymi przebiegł do mnie spory kawałek drogi. Poinformował mnie, że Alrune niedługo urodzi. To Mor prosił go o odnalezienie mnie. Wzruszyłam się. Mor podszedł do obcego wilka, zostawił Alrune tylko po to, bym mogła być przy niej gdy nadejdzie czas?
- Admisso! Muszę wrócić! Potowarzyszysz mi? – spytałam, gdy ukochany wierzchowiec podbiegł, ignorując swój naturalny strach przed wilkiem. Ten natomiast warknął.
- Dziękuję za przekazanie informacji. Zaraz znajdę coś smacznego, byś mógł się posilić, ale nie strasz proszę mojego przyjaciela. – skarciłam wilka, jakby był małym, nieposłusznym dzieckiem. Sięgnęłam płaty suszonego mięsa i rzuciłam kilka, Prost pod łapy zwierzęcia. Położył się i zaczął je szybko przeżuwać. Tymczasem ja zwinęłam obozowisko i wsiadłam na konia, który bardzo chciał dalej mi towarzyszyć . Nie powiem, byłam mu za to wdzięczna. Sama mogłabym nie zdążyć. Gnaliśmy więc jak szaleni. Wreszcie, po dobrych kilku godzinach, w których zaledwie dwa razy zatrzymaliśmy się na postój, dotarliśmy do bramy. Dopiero tu uświadomiłam sobie, jak jestem blisko ukochanego. I nie mogłam go zobaczyć… Nie po to przebyłam ten szmat drogi…
- Odpocznij wreszcie, dalej dotrę o własnych siłach. Tylko choć ze mną. - mruknęłam i ruszyłam biegiem. Dotarłam do domu Elthira i Alrune. Otworzyłam drzwi, uwalniając zza nich okrzyk przyjaciółki. Co sił wbiegłam po schodach i wpadłam do pokoju, z którego dochodziły wszelkie hałasy. W pewnej chwili chyba minęłam Elthira, ale nie zauważyłam go. Moja obecność bardzo ich zszokowała, jednak nie dbałam o to. Cieszyłam się, że mogę tu być i ją wesprzeć.

Było już po wszystkim. Alrune urodziła śliczne trojaczki i zasnęła. Teraz dziećmi zajmowałam się ja, Elthir i jego teściowa. Próbował nawiązać ze mną jakąś rozmowę, jednak ja byłam zajęta maleństwami. Czwórka dzieci, w tym trzy noworodki dają jednak popalić! Tymczasem Elthir zasnął. No ładnie…

Nagle rozległo się pukanie.
- Lepiej idź. Poinformuj, że dziś zamknięte. Niech nas nie nachodzą, bo jeszcze obudzą moje dzieci! – warknęła do mnie. O tak, to cała ona… Ugryzłam się jednak w język, nie chciałam budzić maleństwa zbędną kłótnią. Trzymając jednego z chłopców, który miał problemy ze snem, zeszłam na dół i otworzyłam drzwi. Zrobiłam to, a całe moje ciało zdrętwiało. Stanęłam twarzą w twarz z Artemisem. Był równie zaskoczony jak ja.
- Oh, szybciej, bo jeszcze maleństwo się zaziębi! – dobiegł mnie bełkot jej wysokości. Chętnie bym jej odszczekała, jednak teraz nie byłam w stanie otworzyć ust. Moje oczy zostały uwięzione, martwo tkwiące w pułapce oczu okochanego.
- Ja… Nie chciałem przeszkadzać, Alrune pewnie śpi… Chciałem tylko to zostawić… - wymamrotał wreszcie, kładąc na szafce koszyk z upominkiem i kopertą. Chciałam go zatrzymać, objąć, rozpłakać się i prosić o przebaczenie. Nie mogłam jednak, wciąż nieruchoma. Patrzałam więc tylko jak się oddala, a łzy skropliły się pod moimi powiekami. Wreszcie, gdy nie było go już widać, zamknęlam drzwi i wróciłam na górę. Usiadłam w milczeniu, delikatnie kołysząc maluszka.
- Kto to był?
- Przyjaciel. – odparłam krótka, znów ignorując ton głosu królowej.
- Twój, czy ich.
- Nasz.
- Czy potrafisz używać pełnych zdań? – niecierpliwiła się. Jednak ja miałam dość udawania kogoś, kim mogłaby pomiatać.
- Owszem. Robię to jednak tylko w kontakcie z zasługującymi osobami. Przeszkadzasz w śnie maluchom.
- Skąd pochodzisz? – spytała mnie niezrażona, choć jeszcze bardziej wyniosła Aruel. Nie poznała mnie. I dobrze. Lud moich rodziców i jej dość długo byli skłóceni. Żałowałam tylko że nie wytrzymałam i pozwoliłam sobie na bezczelność.
- Z nieistniejącej już od dawna wioski. – odparłam wymijająco
- Czemuż to? Co się stało? – spytała. Widocznie była ciekawa, wątpiłam, by od tak sama zechciała umilić nam opiekę nad maleństwami rozmową. Była na to stanowczo zbyt wyniosła.
- Napadnięto na nią.
- A gdzie inni jej mieszkańcy?
- Tylko ja ocalałam.
- Oh, tak… A myślałam, że to nie możliwe. Jesteś Carla, prawda? Córka… - nie pozwoliłam jej skończyć. Ten głos pełen wyższości doprowadzał mnie do szału
- Tak, zgadza się.
- Widzę, że nie znaleźli dla ciebie najlepszej opieki. Przecież miałaś już z pięćdziesiąt lat, gdy odeszli! Powinnaś wiedzieć, że nie wypada wchodzić w słowo rozmówcy.
- Ależ wiem. Nie miałam jednak ochoty wysłuchiwać swego imienia wypowiedzianego takim tonem. Nie życzę sobie tego, a mam ku temu równe prawo jak ty. Z tą różnicą, że twój lud jeszcze istnieje, mój poległ.
- Oh, co za bezczelność! – jęknęła, jakby przerażona tym, że można być potworem mojego pokroju. Jakże mi przykro… - jednak nic cię nie nauczyli… Chociaż nie. Nauczyli dużo. Jesteś równie bezwstydną…
- Dość. Nie próbuj obrażać moich zmarłych rodziców. Zrobisz to, a Alrune jednego dnia zyska rodzinę, kolejnego straci matkę…
- I ona ma niby koło dwustu lat! Dobre sobie! Bezczelna siątka!
- Mój wiek nie jest twoją sprawą. Ale jak już tak cię niepokoi, gdy rodzice odeszli miałam znacznie mniej. Lepiej już zamilknij, dla dobra Alrune. Oczywiście jeśli ono coś dla ciebie znaczy. – palnęłam. Po monie królowej zrozumiałam, że trafiłam w czuły punkt. Obruszyła się i odwróciła. Byłam ciekawa, czy jutro spróbuje skłócić mnie z Alri?

- Carla?! - krzyk Alri obiegł dom niczym taran. Zrozumiałam, że oberwie mi się za zniknięcie.
- Czyżby moja mądra córeczka już zrozumiała, że nie warto trzymać się z czymś takim jak ty? - zasugerował królowa
- Zamilknij. - ucięłam i wyszłam. - Tak?
- Kochanie, czy wywalić ją za drzwi? - spytała kochana, troskliwa mamuśka
- Mamo, uspokój się. Carla eee... miała ostatnimi czasy mały męttlik w głowie. Prawda Carla? Dlatego cię tyle czasu nie było, prawda? - spytała, patrząc mi ostro prosto w oczy. Przytaknęłam.
- Ale Alrune. Ona uciekła jak jakaś dzikuska.
- Mamo, proszę, zostaw nas same. Musimy porozmawiać. - ucięła. Aruel prychnęła gniewnie i zatrzasnęła drzwi.
- Przepraszam, że zamiast powitania słyszysz nasze wrzaski... Jak się czujesz? - spytałam
- Lepiej bym się czuła wiedząc, gdzie cały czas się podziewałaś! Co się z tobą działo? Zamartwiałam się!
- Alri, uspokój się. Jestem cała i zdrowa. Tylko nieco głupia. Przepraszam cię. Musiałam poprostu poukładać sobie wszystko...
- Zamierzasz znów zniknąć? - tym razem pytała z troską silniejszą od gniewu.
- Nie wiem... Postaram się nie.
- Wiesz, jak Art przez to cierpiał?
- Wiem aż za dobrze... Ale chyba ostatnio mniej... Spotkałam go dziś...
- Co u niego? - spyta poprawijąc kołdrę. - Ostatnio jak go widziałam był swoim cieniem.
- Tak? Odniosłam raczej wrażenie, że już... zapomniał. - powiedziałam, choć ostatnie słowo wcale nie chciało przejść przez moje gardło.
- Nie zapomniał. Smoki nigdy nie zapominają.
- Eh... Przepraszam, że jeszcze cię zamęczam. Musisz być potwornie zmęczona. Ja po jednym byłam, a ty... Trojaczki... Ale świetnie się spisałaś. I masz przepiękne dzieci... Będziesz tylko musiała uważać, żebym ich nie porwała.
- Wiesz. - powiedziała spokojnie. - Wśród Shaikan jest taki zwyczaj. Kiedy rodzi się dziecko dostaje ono, a raczej nie wiem jak to powiedzieć, "ileglin". Coś jak matka chrzestna. - spojrzała na mnie - Carla. Jesteśmy przyjaciółkami, prawda?
- Jasne, że jesteśmy... - bąknęłam zaskoczona. Czyżby chciała mi to zaproponować?
- Więc? - znów to spojrzenie... - Lothe, moja przyjaciółka nie żyje od przeszło 400 lat. - powiedziała cicho, chyba do siebie. - Carla, zostaniesz ileglin dla moich dzieci?
- Co? Ja... Jeśli chcesz... - wyjęczałam wreszcie. Byłam kompletnie zdumiona. Tymczasem dziewczyna wyskoczyła z łóżka i rzuciła mi się na szyję. Byłam absolutnie zszokowana! Przyjaźniłyśmy się od niedawna, a to... Taki zaszczyt!
- Alri, do łóżka! Ale to już! - wydyszałam, bojąc się, by nie zaszkodziła swojemu zdrowiu. Na szczęście bez protestów położyła się.
- Ale wiesz, że będziesz miała wielki problem z mamą? Ona... no, delikatnie mówiąc nie przepadamy za sobą...
- Za Elthirem w sumie też nie do końca, ale cóż... to moja decyzja. - powiedziała stanowczo. - A jak cie pozna to polubi w końcu. Wiesz, ona ma już ponad 1200 lat, więc ma swoje nawyki i widzimisie.
- Tak... Ale wiesz, nie byłam dla niej zbyt miła. No i ma za sobą ładne kilka stuleci walk z moimi rodzicami... - przyznałam niechętnie. - No, mniejsza. Nie przejmuj się, jakoś sobie poradzimy. I bardzo dziękuję, że mi to zaproponowałaś. To naprawdę dużo dla mnie znaczy... No i teraz, prawie legalnie będę mogła podkradać twoje dzieci... - stwierdziłam śmiejąc się.
- Tylko wiesz, że to oznacza że będziesz musiała się pojawiac co jakiś czas i nie uciekać jak ostatnio?
- Wiem... będę już grzeczna. Muszę się tylko rozejrzeć się za jakimś lokum. Skoro mam tu zostać, muszę wynająć mieszkanie, czy choć pokój - stwierdziła, uśmiechając się do przyjaciółki. Chciałam dodać jej otuchy i zapewnić, że więcej nie ucieknę...
- Hm... Jeśli nie masz nic przeciwko, pójdę już. Muszę przejść się do gospody, zostawiłam w ich stajni swojego konia.
- Masz konia?
- Tak. Długa historia. Na pewno kiedyś ci opowiem. Ale robi się już późno, lepiej już pójdę. - Stwierdziłam. Chwilę później pożegnałyśmy się i ruszyłam ko gospodzie. Odwiedziłam Admissa, po czym udałam się do baru. Napiłam się trochę. Siedziałam samo, jako ta nieznana nikomu. Wreszcie dosiadł się jakiś mężczyzna. Zaczepiał mnie, jednak zamiast go zbyć, stwierdziłam, że może dowiem się, gdzie znajdę ukochanego. Tak też się stało. Ruszyłam więc we wskazanym kierunku. Dotarłam do pięknego domu i zapukałam. Był już jednak środek nocy, Art pewnie spał, albo był z jakąś kobietą. Nie chciałam przeszkadzać. Nie miałam się jednak gdzie podziać. Altana w jego ogrodzie wyglądała więc nader kusząco. Otworzyłam więc furtkę i udałam się tam. Stwierdziłam, że najwyżej mnie podpali. O ile zdążę, zrozumiem, że straciłam swoją szansę...

Po chwili już usnęłam na ławeczce. Była twarda i zimna, ale ja byłam bardzo zmęczona, więc całkiem mi to nie przeszkadzało...
Wątek zamknięty 


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości